Zaczynam. Kasuję. Filtruję. Zmieniam.
Te kilkadziesiąt zdań to i tak niewiele, ale odkąd nie mogę na spokojnie przemyśleć tego, co chcę zawrzeć w zdaniu, w tej krótkiej relacji dla Ciebie to odchodzi mi ochota na dzielenie się czymkolwiek. Wychodzi zlepek suchych faktów. Relacje "po".
Jestem szczęśliwa, ale zmęczona.
Rutyna, o której kiedyś pisałam, zmieniła twarz. Jest oswojona uśmiechem, ma piękną blond czuprynkę i domaga się mamy. :)
Nasz synek jest wspaniały! Piękny. Rezolutny (czy piszę typowo mamowo? pewnie tak. :)), ciekawski. Nie przepada za zabawą "typowymi zabawkami", w których jeszcze, na szczęście nie toniemy, ale ... są. Niepotrzebne i trochę niechciane, ale jak zastopować tę chęć podarunków? :) Zabawki Maksia, to dwa uchwyty do pompek, durszlak, czasem butelka po wodzie, z koreczkami w środku, miski, garnki....
Maksiuń ma 8 zębów (których nie waha się używać, niekoniecznie by pogryźć jedzenie), od 23 kwietnia sam zaczął stawać przy kanapie. Teraz potrafi przejść do któregoś z nas całą jej długość. Wspina się wszędzie gdzie może. I gdzie nie wolno. Psiutmistrza uwielbia, chętnie daje mu buziaki (to obopólna przypadłość ;)), głaszcze (bardziej klepie i wydziera sierść), dotyka uszu, są próby dotknięcia oczu, no i ogonka, który jest tyci (a raczej podogonawą część, która jest zakryta powyższym).
Po szpitalu, w którym niestety się znaleźliśmy w połowie maja, stał się o dziwo! bardziej kontaktowy, społeczny. Polubił nawet to, że obce osoby (pielęgniarki) biorą go na ręce i ćwierkają, pieszczoszkują. Nie reaguje już płaczem na babcie, ciocie, dziadków. Niestety mojego brata się boi (nie wiem czy to wina długich, rozpuszczonych włosów? hmmm).
Moje relacje z mamą M. są - uważam - coraz bardziej serdeczne. Więcej dostrzegam, staram się być uważna, mniej zawzięta, obrażalska. Z różnym skutkiem. Ale, staram się.
Z M. jest różnie. Sami widzimy, że wieczorny czas "tylko dla siebie" skutkuje niezadowoleniem, kłótniami. Wspólny front jest najlepszą opcją. Uczymy się tego. Każdego miesiąca.
Niewiele myślę o sobie. o "higienę umysłu" (cokolwiek to znaczy), tę na poziomie podstawowym dbam poprzez rozmowy z M. i czytając ... Plany o coś więcej stały się mrzonkami. Nie wiem na jak długo.
Drzemka Maksia dobiegła końca. Wracam do całusów, pierdzichów. Serduszka o wadze 9+
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maksiuń. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maksiuń. Pokaż wszystkie posty
piątek, 16 czerwca 2017
wtorek, 28 marca 2017
El Pełzakko.
Maksio pełza (początki - 10marca).
Pełza wszędzie gdzie może i nie
może. Jest silny (próbowałam pełzać, serio to trudna sprawa, co
innego czworakowanie) i wytrwały. Niestraszna ma śliska podłoga
mozaiki i płytki, wełniany dywan i przeszkody. Obrany cel lub
bezcel i jazda!
Z uporem maniaka liże podłogę,
dywan, stół, krzesła. Dziąsełkuje (choć zęby się klują i
klują) zawzięcie kable (NIE, NIE WOLNO ...to
nowe TAK),
siatkę z ziemniakami, marchwią, opakowanie muszynianki, miski
Bulwozaurusa (od kilku dnia chowane na czas pełzaka). Posłanie
wspomnianego.
Dzięki nabytej
umiejętności moje, nasze ręce zostały odciążone. Ulga ogromna.
;) Biceps ucierpi na tym. Trudno.
Ale. Wraz z pełzaniem i
wkładaniem wszystkiego do buzi, lizaniem (prawdopodobnie buty też,
bo już były w rączce, już witały się z usteczkami) Maksio
dostał potwornej wysypki. Choć to również zbiegło się z
podawaniem przeze mnie ugotowanych wcześniej musów i obiadków. :(
W miniony czwartek byliśmy w przychodni – dziecko zdrowe, przyszło
do dzieci zdrowych (brawo moja była sąsiadka, położna
środowiskowa!) - pani doktor stwierdziła, że to nie jest alergia
pokarmowa tylko od przysłowiowej „lizawy wszystkiego”.
Przepisała maść z antybiotykiem. Tylko, że do zeszłego tygodnia
kropki, krostki były ograniczone do buzi, a od niedzieli są już na
nóżkach i rączkach, z tym, że nie zaognione. :( Maksio będzie
miał podawane musy do kaszki - słoiczkowe, obiady pozostaną bez
zmian. Zobaczymy czy coś to da. Dlaczego tylko musy? Bo o ile do
obiadów produkty są sprawdzone, to owoce, a dokładnie gruszka mimo
że z Polski była marketowa (jabłko z eko hodowli [państwo
prowadzą gospodarstwo z certyfikatem]). :(
Jak wspomniałam
przyszliśmy do przychodni z dzieckiem zdrowym i odpukać na ten czas
tak jest. Tylko...tylko my chorzy. No OK, przeziębieni.
M. zasmarkany, kaszlący,
psikający, z drapiącym gardłem i bólem w kościach. Ja podobnie.
Maksiolo, jako że śpi ze mną też dziś trochę ciężej oddychał,
ale na ten czas tyle.
Nie bez znaczenia dla
przeziębienia było to, że pomagając w końcowej fazie
wprowadzania się do nowego mieszkania przez W. i małego M., M.
niefrasobliwie, spocony po skręcaniu mebli wychodził na fajkę na
balkon. Ubrany byle jak. ;/ Kurnia, to e-papieros, wydmuchuje się -
z tego co wiem - tylko parę wodną. Poza tym łazienka ma ono, mógł
palić tam. Noale. Piszę/mówiłam to po fakcie.
Oby cholerstwo wysmarkać,
wykasłać i będzie dobrze. Tak sądzę. Jednak niepokój o Maksia i
jego zdrowie gdzie tak we mnie jest i ostatnie szczepienie, przecie
wzw b przełożę z 4.04 na odleglejszy termin.
Starsza szwagierka
zaproponowała ostatnio muzyczne warsztaty dla maluchów (0-18
miesięcy). Do zeszłego piątku skłonna byłam zapisać nas na nie.
A teraz, przy tych naszych smarkatach i rozognionej, krostkowej buzi
Maksia i niepełnym szczepieniu, waham się.
Powoli myślimy o chrzcie.
Wierząca, acz niepraktykująca. Wierząca wybiórczo. Niewierząca.
Hipokrytka. A i tak zgadzam się by mój syn należał do kościoła
katolickiego, z naukami którego w wielu sprawach się nie zgadzam.
Którego tak naprawdę nie znam i na poznaniu mi nie zależy. By
zrobić przyjemność? dziadkom, chrzestnej. Najpewniej. Bo jak
inaczej myśleć o mnie, gdy bardziej zajmuje mnie wybieranie
kolejnej (i odsyłanie) sukienki, butów, ubrania dla Maksia, M.,
wystroju naszego małego eM...? Tak właśnie przygotowujemy się do
chrztu.
Tymczasem Skrzat się
wybudza z drzemki, by pouśmiechać się i pooblizywać wszystko co
się nawinie pod rączkę, a ja szykuję obiad dla Bulwy i nas do
poobiedniego spaceru około 13:30.
Dobrego, słonecznego
dnia!
niedziela, 29 stycznia 2017
Akrobacje.
2017 zaczął się blisko miesiąc
temu, a u mnie cicho. Podsumowania 2016 nie było i trochę żałuję,
bo był to rok piękny, bogaty w wydarzenia, nowości. Był moim
odkryciem innej mnie.
Wczorajszy dzień został zapisany
niebieskim długopisem, w niebieskim notatniku w kratkę, ale chcę
się nim podzielić również z Tobą. Taaam ta da tam pa raaa
Maksiuń wczoraj po raz pierwszy obrócił się z pleców na brzuszek
(3 razy), a nawet w brzuszka na plecy (tylko raz), to ostatnie mogło
być przypadkowe, co uświadomiła mi W., pisząc na viberze, iż
dzieci dopiero w 7 m.ż. nabywają taką umiejętność. OK., nie mam
nic przeciwko. No ale plecki! Brzuszek! Taki wyczyn. :)) Malutku,
jestem dumna. :)
Dziś znowu obrót i to uchwycony na
video. Wieczorem w ruch pójdą @ i radocha z wyczynów akrobaty nie
będzie tylko nasza, ale i dziadków, cioć i wujka. :D
Cudnie. :)
Na fora okołodzieciowe, a raczej
matkowe nie wchodzę. Nie chcę czuć się inna, kosmicznie
nieżyciowa, hop-do-przodu, gorsza. Nie wyobrażam sobie przelewać
frustracji na synka, bo ten i tamten to już... a u nas nic z tego. A
może właśnie już, a to niewłaściwe.
Maksiuń ma swoje 'dzienne stałości',
ale mimo tego zasypia baardzo różnie, w dzień, od kilku dni
potrafi spać ciągiem i 3 godziny, niestety (w tym czasie chciałabym
posprzątać w szafie...w końcu! zrobić ciasto, odkurzyć,
poczytać, podrapać się po nosie itp. itd. a tu..figa z makiem)
muszę położyć się koło niego, z piersią gotową do użycia. Od
dwóch tygodni nie kładzie się spać o 23ciej, a już ok 19:30
….21:30... Do wczoraj. Uchh Nie wiem co go tak rozstraja. Tzn
podejrzewam pogodę. Mróz, otwarcie grzejników w dużym pokoju (u
nas nie grzeję, bo kończyło się to prawie zawsze moim bólem
głowy, jeszcze wtedy gdy nie było Maksia) suche powietrze. Nie
pomyślałam, że wietrzenie pomieszczeń niewiele daje, nawet przed
snem, jeśli kaloryfer jest włączony na noc na przysłowiową '5'.
Dostałam podpowiedź – rozłóż mokry ręcznik. No OK, ale trzeba
go w ciągu nocy zmieniać, bo wysycha rach ciach.
Zaczęłam googlać nawilżacze. I
nawet jeden miałam już w internetowym koszyku, ale jako że lubię
wgryzać się w temat, który mnie interesuje postanowiłam poczytać,
porównać. No i nie bardzo wskazany jest takowy (ultradźwiękowy),
jeśli ma się w domu zwierza. :( A ewaporacyjny jest w tym momencie
nie na moją kieszeń... Więc pozostają zmiany ręczników,
wietrzenie i czekanie na wiosnę.
Nie wiem czy dobrze robię/my nie
angażując w opiekę/pomoc moich Rodziców, teściów. Ale … jakoś
nie potrafię się przełamać. Starszaki mają swoją wieś, zajęcia
na niej, w tym nicnierobienie. Nie są napastliwi w chęci pomocy.
Myślę, że najbardziej zawiedziona jest teściowa. Wnuka widzi
mniej więcej raz na dwa tygodnie, czasem rzadziej. Rzeczywiście
Maks reaguje na innych niż my podkówką, płaczem, wyrywa się z
rąk, ale tak jak napisałam nie wyobrażam sobie codziennych lub co
kilka dni spotkań, wizyt. O ile Rodzice, noo to są moi – swoi, o
tyle mama M. … echh dzieli mnie z nią wszystko. Łączy syn-mąż,
synek-wnuk. To dużo, to mało.
Inna sprawa, że kiedyś macierzyński
się skończy. I co dalej? Powrót do poprzedniej pracy, która
jednak męczyła... szukanie nowej, wychowawczy..? żłobek?(a raczej
klub malucha i to bliżej skończonego 2 roku niż 14 m.ż.),
babciowe? - no właśnie, ale skoro Maksio niezbyt często widzi
babcie... myślimy już teraz o rodzeństwie dla Maksia...tym
bardziej, że nie wiadomo jak długo zabiorą starania. Zrobić
przeplatankę? Jak? Niby jeszcze wiele miesięcy do podjęcia
jakiejś decyzji, a jednak myśli te plączą się po mojej głowie
już któryś tydzień.
Są momenty w ciągu dnia, że chętnie
widziałabym kogoś obok mnie. Kto wysłucha, porozmawia, wypije kawę
zbożową, zje kawałek ciastka, pośmieje się, pójdzie na spacer.
Od razu w myślach widzę (nie nie jest to mój Mąż) W., ale ona
jeszcze nie przeprowadziła się z synkiem do L., tymczasem namiastką
tego wszystkiego są rozmowy przez telefon, za co jestem baardzo
wdzięczna.
W piątek, po raz pierwszy od początku
października widzimy się z D., cudnie! Mam nadzieję, na szczere
rozmowy. Już przełamałyśmy lody w wymienionych mejlach. Czekam na
więcej.
Tymczasem, dobrego wieczoru!
Pisałam to wczoraj. A dzień
dzisiejszy zaczął się od podwójnego obrotu w stronę taty. 😍 Ciasto wyciągnięte z piekarnika, podobnie jak kabanosiki w cieście francuskim. Chłopaki na spacerze, mają spotkać się w wąwozie z dziadkami (teściami) i przyjść do nas.
Dobrego popołudnia. :)
I zanim kliknęłam 'opublikuj' minęło popołudnie, Maksio brzuszkuje na kocyku, z ciasta została pyszna połowa ...
![]() |
| akrobata :) |
![]() |
| z okazji skończonego 4 m.ż. Maksiuń dostał od taty balonik (buldożek nazywa się Pogbiś), który był od zawsze moim dziecięcym marzeniem (echh balony na hel :D) |
Etykiety:
21t.ż.,
codzienność,
etapy,
etapy rozwoju,
kocham Cię Synku,
macierzyństwo,
Maks,
Maksiuń,
małe radości,
niemowlak,
obrót z pleców na brzuszek,
radość,
zima
środa, 21 grudnia 2016
Siłacz.
Rok temu był Marzeniem. Jego istnienie znaczyły różowe
paseczki na kolejnych testach ciążowych. A dziś … Dziś to nadal
Marzenie, siedmiokilogramowe, pucate, uśmiechnięte, zajadające
własne rączki, rozdające dziąsełkowe uśmiechy, chętnie leżące
na brzuchu (jedynie 5 minut, ale! jednak ;)), marudne, płaczliwe,
niebieskookie. Kochane. Nasze.
Maksio.
Klusek wygładził moje ostre kanty. Widzę wyraźniej. Patrzę dalej. Nie wiedziałam, że mam w sobie tyle cierpliwości i zachwytu na małymi rzeczami. Że można tak kochać. On to sprawił i dziękuję za to.
Cudownie iść na spacer z gondolą, widząc przechodzące ciężarne, inne mamy z wózkami – uśmiechnąć się, nie gotować się ze złości, zazdrości. Nie być obezwładniającym smutkiem. Tak. Byłam smutkiem. Żalem. Goryczą.
Lubię myć Maksia, wraz z Mężem i biegającym wkoło Bulwą. :) Lubię obserwować jak tata i syn, bawią się. Jak ta nić porozumienia i miłości jest coraz mocniejsza, pewniejsza, każdy dzień to pokazuje, potwierdza.
Piękna jest nasza codzienność. Czasem szara, bez uśmiechu, żółto-słoneczna, z burczącym brzuchem, niewyspana. Nieidealna, a mimo to...
Maksio.
Klusek wygładził moje ostre kanty. Widzę wyraźniej. Patrzę dalej. Nie wiedziałam, że mam w sobie tyle cierpliwości i zachwytu na małymi rzeczami. Że można tak kochać. On to sprawił i dziękuję za to.
Cudownie iść na spacer z gondolą, widząc przechodzące ciężarne, inne mamy z wózkami – uśmiechnąć się, nie gotować się ze złości, zazdrości. Nie być obezwładniającym smutkiem. Tak. Byłam smutkiem. Żalem. Goryczą.
Lubię myć Maksia, wraz z Mężem i biegającym wkoło Bulwą. :) Lubię obserwować jak tata i syn, bawią się. Jak ta nić porozumienia i miłości jest coraz mocniejsza, pewniejsza, każdy dzień to pokazuje, potwierdza.
Piękna jest nasza codzienność. Czasem szara, bez uśmiechu, żółto-słoneczna, z burczącym brzuchem, niewyspana. Nieidealna, a mimo to...
![]() |
| mój siłacz |
wtorek, 29 listopada 2016
Cząstki.
Wykradłam kilkadziesiąt minut dla
siebie podczas snu Maksiunia i co robiłam? No tak, herbata była –
w filiżance! :) Placek drożdżowy z masłem – połkniętych 6
kromek, a w międzyczasie bieganie do Malutka i sprawdzanie, czy smok
zassany, czy syn przykryty, czy nagrany szum suszarki ma zapętlenie.
Czy Maksiul w ogóle śpi?! :D Śpi. No to jazda z praniem. Kolor,
biel. Szykowanie obiadu dla Bulwy, przygotowywanie wszystkiego do
naszego obiadu. Uff jak dobrze, że M. gotuje. :) Tak, tak, mój
Mąż gotuje obiady od blisko 3miesięcy. Mnie się zdarzyło
kilkakrotnie. Rekompensuję to wypiekami.
OK wszystko zrobione, no to siadam do
neta. Dziś dzień darmowej dostawy, więc w ruch poszło zamówienie
dla Maksia – skusiłam się na długoszyję Sophie, dla siebie na
koszulkę z PTNS (gorrrąco polecam ich produkty, są
niezniszczalne), apteka internetowa, M. nic nie chciał. Ale pomysł
na prezent jest. Realizacja – niebawem. Dla Rodziców i brata
pomysły na prezenty – obmyślone. Gorzej jest u mnie z pomysłami
co dla teściów i szwagierek...
Czas stop.
Karmienie.
Nadal karmię piersią. Wieczorami
dokarmiamy butelką. Najczęściej 40-70 ml Przywykłam. Nie
rozpaczam, nie złoszczę się, nie obwiniam się (już)
co-ze-mnie-za-matka. :) Najlepsza jaką mógłby mieć mój synek. :)
Maksio coraz bardziej kumaty, ale
czegoś takiego jak rytm dnia do tej pory nie istnieje.
Po 5 tygodniu życia zaczął się
bardziej świadomie uśmiechać. Teraz oddaje bezgłośne uśmiechy
całym sobą. :) Cudny jest! Z tym dołeczkiem w lewym policzku
odziedziczonym po M.
Od 7-8 t.ż. zaczął ssać swoje
rączki, czasem próbuje włożyć dwie piąstki naraz. Od 8 tygodnia
głuży. No gada jak najęty! Szczególnie do swoich 'przyjaciółek
literek-cyferek', które przykleiłam pod półeczką nad
przewijakiem, po wcześniejszym wydrukowaniu ich przez M. Kłótnie i
śmiechy na zmianę.
Od kilku dni wyciąga rączki do żabki,
gryzako-grzechotki.
Jesteśmy po pierwszych szczepieniach.
Nasz wybór padł na szczepionki 5w1 oraz RotaTeq, przeciw rota
wirusom. Poczytałam, posłuchałam, uważam, że to był dobry
wybór. Obyło się (a tfy!) bez większych nerwów związanych z
NOPem.
Gorszym pomysłem było spotkanie się
dzień, po dniu w większym gronie ze znajomymi. Maks odchorowywał
te spotkania przez 3 dni. Dopiero dziś jest fajnie.
Koszmar dla niego i w sumie dla nas.
Najbardziej wkurzające było to, że pomimo próśb – jeśli wasza
mała (2,5) jest przeziębiona/chora (kaszląca itp.) to proszę nie
przychodźcie. No i przyszli. Z kaszlącą O. Wkurwiłam się, a
jednak nic nie powiedziałam. Źle. Następnym razem zareaguję, a
może raczej napiszę tak – oby nie było takiej potrzeby.
Synek W., malutki M. niesamowicie
pozytywnie zareagował na naszego Maksiunia. Wciągał do niego
rączki, głaskał go, ciągle wodził wzrokiem, rozdawał w jego
kierunku uśmiechy. I tylko serce się ściska, że prawdopodobnie
chłopcy nie będą się zbyt dobrze znać, bo pomimo iż W. oraz jej
B. kupili mieszkanie w naszym mieście, to B. za chwilę wyjeżdża
za granicę, a Przyjaciółka wraz z synkiem mają dolecieć do niego
w ciągu najbliższego półrocza. :(
Wczoraj minęło 12 tygodni Maksia po
tej stronie brzucha, a dzisiaj mija jego symboliczne 12 miesięcy.
Czas już nie płynie, on pędzi!
W najbliższą sobotę robimy sobie
rozkosz dla oczu. Jedziemy we trójkę po choinkę. Kto nam zabroni?
:D Zrobię też próbę ciast na święta. Cieszę się na nie. Na
zupełnie nowe Święta. Nasze pierwsze, wspólne. Bosko!
Miałam tyle do napisania. Miło być
składnie...:)
Jest tak jak w naszym mieszkaniu.
Trochę posprzątane, część rzeczy upchnięta, niedopowiedziana za
zmęczenia. Wypełniona Maksem.
poniedziałek, 26 września 2016
Dopóki pamięć.
No i jest wrzesień! Ba już się
kończy, a nasz synek ma prawie 3 tygodnie!
A dopiero co był styczeń i tak bardzo
czekałam na koniec lata …
Piszę to bo pamięć jest ulotna.
Niektóre wspomnienia pewnie już teraz umknęły z mojej pamięci.
Niedziela 4 września. Jest wieczór,
około 21szej, jestem po kąpieli, mierzę ciśnienie. 135/83 O nie!
Będzie ciut wyższe i jedziemy na izbę
przyjęć. M. chce jechać już teraz, zaraz, ja go wstrzymuję.
Kłócimy się. M. idzie spać do pokoiku Maksa, ja odpalam kompa w
dużym pokoju. Dziś odkryłam super program prowadzony przez Dorotę
Szelągowską „Dorota was urządzi”. Oglądam 3-4 odcinki. Ok
24tej obolała po Maksikowej kopaninie kładę się spać. Na
siedząco. Taaa także kładę się, siadając. Na dworze pada
deszcz, a ja śpię niespokojnie.
Jak każdej nocy, wstaję na siku.
Kolejne i kolejne. :)
Na papierze krew, ze śluzem. Po raz
pierwszy krew to dobry objaw, choć serce galopuje. Jest wręcz - po
9 miesiącach - wyczekiwana. Godzina (tutaj mam lekkie zapętlenie) 3
lub 4. Budzę M. Krzątanina. Pakuję kubek, dopakowuję jakieś
rzeczy. M. wychodzi z bulwą na spacer i na parking po samochód. Po
5tej ruszamy do szpitala. Jesteśmy podekscytowani.
Na parkingu, przed szpitalem zaczynam
dzwonić zębami, stają mi łzy w oczach. Ostatni raz byłam tu
ponad 2 lata temu, wyszłam ze złamanym sercem. Ale teraz jest
inaczej! Będzie inaczej!
Wchodzimy na izbę przyjęć. Siedzą
dwie rodziny, rozmawiają. Panie są w zaawansowanych ciążach. OK,
na pewno jedna z pań. Za okienkiem, po 'szpitalnej' stronie siedzą
3 kobiety. Widzą nas, ale żadna nie wstaje, nikt o nic nie pyta.
Hmm Po 5 minutach, jedna z pań-pacjentek mówi żebyśmy nie czekali
tylko weszli.
Wchodzimy, w tym czasie z drugiej
strony drzwi otwiera jedna z pań, ta z '3'. Mówię co i jak.
Zaprasza do siebie, nazwijmy to dyżurką. Nasze dane są już w
kompie, od ponad 2 lat, ale potwierdzam zamieszkanie, numery
telefonów.
Po formalnościach, zostaję podłączona
pod KTG. To dopiero nasz drugi raz. Skurcze mini mini, raz wykres
góruje bardziej. Skurcz '60'. Nic nie czuję. Ha! Do czasu …
KTG trwa ok 30 minut, niedługo będzie
6.00
Położne mierzą mi ciśnienie, coś
uzupełniam, podpisuję. Jest telefon do lekarza dyżurnego.
Przychodzi czarnowłosa pani doktor. Pyta co i jak. Zaprasza na
fotel. Sprawdza papierkiem PH. Jest odczyn. 7. Zasadowy, czyli wody
się sączą. Zostaję przyjęta na trakt porodowy. Łzy stają mi w
oczach. To już. Naprawdę! Wskakuję jeszcze na wagę, przebieram
się. M. zanosi niepotrzebne rzeczy do samochodu.
Położna prowadzi mnie na trakt
porodowy, pomaga nieść torbę. Torba robi szoł. :D Nie tylko na
trakcie, ale również później na położnictwie. ;) Położne chcą
wiedzieć gdzie ją kupiłam i pytają czy mogą pokazać ja na
dyżurce pozostałym koleżankom.
Na trakcie inne położne pytają
dlaczego zostałam przyjęta. I fukają. Bo z powodu odejścia czopu
śluzowego (te pasma śluzu i krew to czop .. hmmm miałam inne
wyobrażenie. Myślałam, ze to będzie coś na kształt korka :)))
nie powinnam być przyjęta. Przecież zanim zacznę rodzić to może
to potrwać godziny, albo i dni, do 2 tygodni. No to mówię o
badaniu PH. Aaaa no to czemu od razu nie mówi. Echh Dostaję opaskę
na łapkę.
Jest puściutko. To gdzie kładziemy? -
słyszę. Na jedynkę. Jupi! Jak ja się ucieszyłam. Ta jedynka to
nie taka jedynka-jedynka. Po prostu sala w sali, oddzielona ścianami,
ale nie do sufitu. To boks, a obok jeszcze po jednym. To i tak lux.
Bo dziewczyny po drugiej stronie leżały po 4 na sali. I wszystkie
się widziały. I wszystko widziały (przynajmniej tak to wyglądało,
jak drzwi były otworzone). Jako że nie miałam żadnych bóli,
kazałam M. jechać do domu i wyjść z psiutem. Pojechał (chyba) po
10.00 Położne przychodziły, pytały co i jak. Studentki I roku
również pytały co i jak, mierzyły ciśnienie, temperaturę.
Nuuuda. Zostałam podpięta pod KTG. Z Maksiulą OK. Gorzej, że po 3
godzinach na lewym boku myślałam, że zejdę z bólu. Mhym TO BYŁ
BÓL?! ;)
M. przyjechał, w międzyczasie została
przyjęta dziewczyna do boksu obok. My sobie gadu-gadu … nic się
nie dzieje. Na obchodzie, jeden z lekarzy stwierdził rozwarcie na
1cm (słabiuśko :(), sączące się wody – znowu papierek.
Postanowił żeby zaordynować mi kroplówkę z oksytocyny oraz podać
czopki glicerynowe, choć brzuch miałam miękki (w ogóle nikt nie
pytał o lewatywę – a chciałam). Gadamy z M., śmiejemy się. Nic
się nie dzieje. Stwierdzamy, że trzeba zawieść bulwozaura do
rodziców M., bo nie wiadomo jak długo to wszystko potrwa. Proszę M.
o gazetkę. Gazetkę! I to jaką? Nie „Rodzice”, czy „Dziecko”.
Nieee to ma być „M jak mieszkanie” (niewyoglądane do chwili
obecnej leżakuje w małym pokoju na parapecie).
Dostaję 4 czopki. Uchh Oraz powoli,
baaaardzo powoli kapiącą kroplówkę z oksytocyną. Kapanie od
12stej - 13stej (chyba) do 15stej. Trochę bardziej czuję skurcze.
Leżenie na boku, już prawym pod KTG to udręka. Już niechętnie
odpowiadam na zagadywanie studentek. Zaczynam zagryzać wargi, mniej
się odzywam do M., na co on reaguje lekką obrazą. Chcę iść do
toalety, ale jest proponowany basen. Nie mogę zrobić do tego
ustrojstwa siku. Położna odpina mnie od KTG. Z kroplówką, jak
wierną przyjaciółką idę do toalety. Wieeelka ulga móc się
ruszyć, choć w głowie się mąci.
Około 15stej rozwarcie jest na 4cm.
Do boksu obok, tam gdzie jest fotel
przyjeżdża dziewczyna. Jęczy, krzyczy. Po kilku parciach słychać
krzyk noworodka. Jestem tym zachwycona.
Od 15stej częstotliwość skapywanie
kroplówki jest zwiększona. Ból się wzmaga. Położna przebija mi
nad basenem wody płodowe, pyta czy przynieść coś na ból. Coś o
działaniu narkotycznym. Chodzi o Dolcontral. Na początku odmawiam,
myślę, że dam radę bez tego, ale po pewnym czasie proszę M.,
żeby położna pomogła mi, ulżyła. Ból jest obezwładniający.
Mówię M., że chcę umrzeć. Błagam by mi pomógł, bo ja umieram.
Piję łapczywie wodę. Dłoni ściskam pomadkę ochronną, pomaga
mi to w przypływie bólu. W przebłysku nie-bólu słyszę jęki
dziewczyny z boksu pierwszego. Już nie rozmawia ze swoim partnerem.
Już skupia się na sobie. Jak ja. Położna bardzo mi pomaga, mówi
jak oddychać. Jakbym zdmuchiwała świeczki z tortu. Wyję z bólu.
Ale to tak wewnątrz siebie. Na zewnątrz się hamuję. Proszę o
jeszcze jeden zastrzyk przeciwbólowy. Po nim mam cudownie otumanioną
głowę. Pełną waty. Przez moment mniej boli, ale skurcze nadal
czuję. O 20.00 cisza, bóle, skurcze ustają. Boże! Jakie to
cudowne!! Jest 10 rozwarcia. :)
Próbuję przeć na boku, położna
trzyma mi jedną nogę, M. przytrzymuje drugą. Nie umiem przeć. Nie
wiem jak spychać powietrze do wnętrza brzucha. Jestem przerażona.
M. stara się jak może, tłumaczy. Położna każe mi wstać, oprzeć
się łokciami o łóżko i kręcić młynki biodrami. Krew kapie na
podłogę. Położna każe komuś przynieść jakiś materiał do
przykrycia. Materiał też jest zakapany przez krew. Wcześniej
dostałam jeszcze jedną serię 4 czopków. Na szczęście nie
spowodowały one katastrofy, której się spodziewałam. Znowu
pozycja na boku. I na plecach. Mam obmywane krocze ciepłą wodą. To
tak cudownie koi, że myślałam, że się rozpłaczę z
wdzięczności!
Mam wstrzymać się z parciem. Przecież
się nie da. To silniejsze od mojej woli. Jest około 21.30 parcie
nie wychodzi mi dobrze. Maks też źle się wstawił (wysokie proste
stanie główki). Byłam mierzona takim jakby cyrklem (obwód bioder)
i teoretycznie powinnam dać radę urodzić. Przepraszam M. i położną
Kasię. Że nie dam, nie dałam rady. Nie potrafię. Czuję olbrzymi
zawód.
Przez ten cały czas Masiul jest
monitorowany pod KTG. Wszystko z nim dobrze.
A jednak. Przychodzą jeszcze inni
lekarze i potwierdzają, ze nie ma na co czekać i zwlekać, bo to za
długo trwa. M. zdenerwowany prosi by jak najszybciej reagowali. No i
ja nie mam sił. Średnio to słyszałam, bardziej od M. to wiem. A
jednak jak przewożą mnie na łóżku, na salę operacyjną to
płaczę i jestem wdzięczna.
Maks rodzi się 5 września wskutek
cesarskiego cięcia o godzinie 21.55. Jego waga to 4000g, a wzrost
56cm. Dostaje 10 punktów w skali Apgar. Ja wyjeżdżam z sali
godzinę po cięciu (słowa M.). On widzi naszego synka 3 sekundy i
to tylko dlatego że krzykną do położnej która wiozła Maksiulę,
by poczekała bo to jego synek i chce go zobaczyć. Podobno był
spokojniutki i patrzył na niego szeroko otwartymi oczami.
Ja zobaczyłam Maksa po przebudzeniu na
sali poporodowej. Tak się wzruszyłam, że głośno zaczęłam
płakać, i mówić jaki jest śliczny i że mocno go kocham, aż
druga położna przybiegła (sala obok to pokój położnych i
noworodków, które były monitorowane). Ale widząc moją reakcję
tylko się uśmiechnęła i poszła sobie.
Nie tak to sobie wyobrażałam. Nie był
to do końca poród rodzinny. Ja nie dałam rady. Nie widziałam
synka chwilę po porodzie, ani on mnie. Nie było nawet kangurowania,
bo nie jest to praktykowane w SPSK nr 4 …
A jednak, cieszę się, że mimo
wszystko tak to się skończyło (bez wyciskania Maksia), bo dało
nowy, piękny, choć trudny (noworodki znajomych jakby mniej płakały,
były mniej wymagającymi dzieciaczkami i chyba ich rodzice otrzymali
instrukcje obsługi ;) bo tak świetnie im wszystko wychodzi)
początek.
Etykiety:
5 września,
cud,
jesień,
jesteś! cesarskie cięcie,
Maksiuń,
narodziny Maksa,
narodziny synka,
poród,
poród rodzinny,
poród siłami natury,
radość,
wspomnienia
poniedziałek, 12 września 2016
Maksiu 5/09/2016
Witajcie!
Maksiu przyszedł na świat 5 września o godzinie 21.55 56cm 4000g
Kocham Go mocno. Mocno
Ciągle mnie rozczula.
Właśnie cichutko posapuje w łóżeczku.
Cuda się zdarzają!
Dopiero dziś wyszliśmy ze szpitala. Od drugiej doby życia, do wczoraj/dziś do godziny 0.00 Maksiuń otrzymywał 2 razy dziennie antybiotyk (crp 57,1). Straszny czas.
Rodziłam 16 godzin. Siłami natury, ostatecznie poród nie postępował (rozwarcie na 10cm, bóle parte 1,5 godziny) i zadecydowano o cesarskim cięciu. I dobrze. Przez sączące się wody i mój gbs zrobiło się nieciekawie.
Mocno odczułam pobyt w szpitalu. Szczególnie, że odwiedzin jako takich nie było. Ale to już zamknięty rozdział.
Zaczął się nowy. Piękny.
Zaprosił nas do niego Nasz Synek.
Maksiu przyszedł na świat 5 września o godzinie 21.55 56cm 4000g
Kocham Go mocno. Mocno
Ciągle mnie rozczula.
Właśnie cichutko posapuje w łóżeczku.
Cuda się zdarzają!
Dopiero dziś wyszliśmy ze szpitala. Od drugiej doby życia, do wczoraj/dziś do godziny 0.00 Maksiuń otrzymywał 2 razy dziennie antybiotyk (crp 57,1). Straszny czas.
Rodziłam 16 godzin. Siłami natury, ostatecznie poród nie postępował (rozwarcie na 10cm, bóle parte 1,5 godziny) i zadecydowano o cesarskim cięciu. I dobrze. Przez sączące się wody i mój gbs zrobiło się nieciekawie.
Mocno odczułam pobyt w szpitalu. Szczególnie, że odwiedzin jako takich nie było. Ale to już zamknięty rozdział.
Zaczął się nowy. Piękny.
Zaprosił nas do niego Nasz Synek.
![]() |
| synek |
Subskrybuj:
Posty (Atom)



