Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 26 września 2016

Dopóki pamięć.

No i jest wrzesień! Ba już się kończy, a nasz synek ma prawie 3 tygodnie!
A dopiero co był styczeń i tak bardzo czekałam na koniec lata …

Piszę to bo pamięć jest ulotna. Niektóre wspomnienia pewnie już teraz umknęły z mojej pamięci.

Niedziela 4 września. Jest wieczór, około 21szej, jestem po kąpieli, mierzę ciśnienie. 135/83 O nie!
Będzie ciut wyższe i jedziemy na izbę przyjęć. M. chce jechać już teraz, zaraz, ja go wstrzymuję. Kłócimy się. M. idzie spać do pokoiku Maksa, ja odpalam kompa w dużym pokoju. Dziś odkryłam super program prowadzony przez Dorotę Szelągowską „Dorota was urządzi”. Oglądam 3-4 odcinki. Ok 24tej obolała po Maksikowej kopaninie kładę się spać. Na siedząco. Taaa także kładę się, siadając. Na dworze pada deszcz, a ja śpię niespokojnie.
Jak każdej nocy, wstaję na siku. Kolejne i kolejne. :)
Na papierze krew, ze śluzem. Po raz pierwszy krew to dobry objaw, choć serce galopuje. Jest wręcz - po 9 miesiącach - wyczekiwana. Godzina (tutaj mam lekkie zapętlenie) 3 lub 4. Budzę M. Krzątanina. Pakuję kubek, dopakowuję jakieś rzeczy. M. wychodzi z bulwą na spacer i na parking po samochód. Po 5tej ruszamy do szpitala. Jesteśmy podekscytowani.
Na parkingu, przed szpitalem zaczynam dzwonić zębami, stają mi łzy w oczach. Ostatni raz byłam tu ponad 2 lata temu, wyszłam ze złamanym sercem. Ale teraz jest inaczej! Będzie inaczej!

Wchodzimy na izbę przyjęć. Siedzą dwie rodziny, rozmawiają. Panie są w zaawansowanych ciążach. OK, na pewno jedna z pań. Za okienkiem, po 'szpitalnej' stronie siedzą 3 kobiety. Widzą nas, ale żadna nie wstaje, nikt o nic nie pyta. Hmm Po 5 minutach, jedna z pań-pacjentek mówi żebyśmy nie czekali tylko weszli.
Wchodzimy, w tym czasie z drugiej strony drzwi otwiera jedna z pań, ta z '3'. Mówię co i jak. Zaprasza do siebie, nazwijmy to dyżurką. Nasze dane są już w kompie, od ponad 2 lat, ale potwierdzam zamieszkanie, numery telefonów.
Po formalnościach, zostaję podłączona pod KTG. To dopiero nasz drugi raz. Skurcze mini mini, raz wykres góruje bardziej. Skurcz '60'. Nic nie czuję. Ha! Do czasu …
KTG trwa ok 30 minut, niedługo będzie 6.00
Położne mierzą mi ciśnienie, coś uzupełniam, podpisuję. Jest telefon do lekarza dyżurnego. Przychodzi czarnowłosa pani doktor. Pyta co i jak. Zaprasza na fotel. Sprawdza papierkiem PH. Jest odczyn. 7. Zasadowy, czyli wody się sączą. Zostaję przyjęta na trakt porodowy. Łzy stają mi w oczach. To już. Naprawdę! Wskakuję jeszcze na wagę, przebieram się. M. zanosi niepotrzebne rzeczy do samochodu.
Położna prowadzi mnie na trakt porodowy, pomaga nieść torbę. Torba robi szoł. :D Nie tylko na trakcie, ale również później na położnictwie. ;) Położne chcą wiedzieć gdzie ją kupiłam i pytają czy mogą pokazać ja na dyżurce pozostałym koleżankom.
Na trakcie inne położne pytają dlaczego zostałam przyjęta. I fukają. Bo z powodu odejścia czopu śluzowego (te pasma śluzu i krew to czop .. hmmm miałam inne wyobrażenie. Myślałam, ze to będzie coś na kształt korka :))) nie powinnam być przyjęta. Przecież zanim zacznę rodzić to może to potrwać godziny, albo i dni, do 2 tygodni. No to mówię o badaniu PH. Aaaa no to czemu od razu nie mówi. Echh Dostaję opaskę na łapkę.
Jest puściutko. To gdzie kładziemy? - słyszę. Na jedynkę. Jupi! Jak ja się ucieszyłam. Ta jedynka to nie taka jedynka-jedynka. Po prostu sala w sali, oddzielona ścianami, ale nie do sufitu. To boks, a obok jeszcze po jednym. To i tak lux. Bo dziewczyny po drugiej stronie leżały po 4 na sali. I wszystkie się widziały. I wszystko widziały (przynajmniej tak to wyglądało, jak drzwi były otworzone). Jako że nie miałam żadnych bóli, kazałam M. jechać do domu i wyjść z psiutem. Pojechał (chyba) po 10.00 Położne przychodziły, pytały co i jak. Studentki I roku również pytały co i jak, mierzyły ciśnienie, temperaturę. Nuuuda. Zostałam podpięta pod KTG. Z Maksiulą OK. Gorzej, że po 3 godzinach na lewym boku myślałam, że zejdę z bólu. Mhym TO BYŁ BÓL?! ;)
M. przyjechał, w międzyczasie została przyjęta dziewczyna do boksu obok. My sobie gadu-gadu … nic się nie dzieje. Na obchodzie, jeden z lekarzy stwierdził rozwarcie na 1cm (słabiuśko :(), sączące się wody – znowu papierek. Postanowił żeby zaordynować mi kroplówkę z oksytocyny oraz podać czopki glicerynowe, choć brzuch miałam miękki (w ogóle nikt nie pytał o lewatywę – a chciałam). Gadamy z M., śmiejemy się. Nic się nie dzieje. Stwierdzamy, że trzeba zawieść bulwozaura do rodziców M., bo nie wiadomo jak długo to wszystko potrwa. Proszę M. o gazetkę. Gazetkę! I to jaką? Nie „Rodzice”, czy „Dziecko”. Nieee to ma być „M jak mieszkanie” (niewyoglądane do chwili obecnej leżakuje w małym pokoju na parapecie).
Dostaję 4 czopki. Uchh Oraz powoli, baaaardzo powoli kapiącą kroplówkę z oksytocyną. Kapanie od 12stej - 13stej (chyba) do 15stej. Trochę bardziej czuję skurcze. Leżenie na boku, już prawym pod KTG to udręka. Już niechętnie odpowiadam na zagadywanie studentek. Zaczynam zagryzać wargi, mniej się odzywam do M., na co on reaguje lekką obrazą. Chcę iść do toalety, ale jest proponowany basen. Nie mogę zrobić do tego ustrojstwa siku. Położna odpina mnie od KTG. Z kroplówką, jak wierną przyjaciółką idę do toalety. Wieeelka ulga móc się ruszyć, choć w głowie się mąci.
Około 15stej rozwarcie jest na 4cm.
Do boksu obok, tam gdzie jest fotel przyjeżdża dziewczyna. Jęczy, krzyczy. Po kilku parciach słychać krzyk noworodka. Jestem tym zachwycona.
Od 15stej częstotliwość skapywanie kroplówki jest zwiększona. Ból się wzmaga. Położna przebija mi nad basenem wody płodowe, pyta czy przynieść coś na ból. Coś o działaniu narkotycznym. Chodzi o Dolcontral. Na początku odmawiam, myślę, że dam radę bez tego, ale po pewnym czasie proszę M., żeby położna pomogła mi, ulżyła. Ból jest obezwładniający. Mówię M., że chcę umrzeć. Błagam by mi pomógł, bo ja umieram. Piję łapczywie wodę. Dłoni ściskam pomadkę ochronną, pomaga mi to w przypływie bólu. W przebłysku nie-bólu słyszę jęki dziewczyny z boksu pierwszego. Już nie rozmawia ze swoim partnerem. Już skupia się na sobie. Jak ja. Położna bardzo mi pomaga, mówi jak oddychać. Jakbym zdmuchiwała świeczki z tortu. Wyję z bólu. Ale to tak wewnątrz siebie. Na zewnątrz się hamuję. Proszę o jeszcze jeden zastrzyk przeciwbólowy. Po nim mam cudownie otumanioną głowę. Pełną waty. Przez moment mniej boli, ale skurcze nadal czuję. O 20.00 cisza, bóle, skurcze ustają. Boże! Jakie to cudowne!! Jest 10 rozwarcia. :)
Próbuję przeć na boku, położna trzyma mi jedną nogę, M. przytrzymuje drugą. Nie umiem przeć. Nie wiem jak spychać powietrze do wnętrza brzucha. Jestem przerażona. M. stara się jak może, tłumaczy. Położna każe mi wstać, oprzeć się łokciami o łóżko i kręcić młynki biodrami. Krew kapie na podłogę. Położna każe komuś przynieść jakiś materiał do przykrycia. Materiał też jest zakapany przez krew. Wcześniej dostałam jeszcze jedną serię 4 czopków. Na szczęście nie spowodowały one katastrofy, której się spodziewałam. Znowu pozycja na boku. I na plecach. Mam obmywane krocze ciepłą wodą. To tak cudownie koi, że myślałam, że się rozpłaczę z wdzięczności!
Mam wstrzymać się z parciem. Przecież się nie da. To silniejsze od mojej woli. Jest około 21.30 parcie nie wychodzi mi dobrze. Maks też źle się wstawił (wysokie proste stanie główki). Byłam mierzona takim jakby cyrklem (obwód bioder) i teoretycznie powinnam dać radę urodzić. Przepraszam M. i położną Kasię. Że nie dam, nie dałam rady. Nie potrafię. Czuję olbrzymi zawód.
Przez ten cały czas Masiul jest monitorowany pod KTG. Wszystko z nim dobrze.
A jednak. Przychodzą jeszcze inni lekarze i potwierdzają, ze nie ma na co czekać i zwlekać, bo to za długo trwa. M. zdenerwowany prosi by jak najszybciej reagowali. No i ja nie mam sił. Średnio to słyszałam, bardziej od M. to wiem. A jednak jak przewożą mnie na łóżku, na salę operacyjną to płaczę i jestem wdzięczna.
Maks rodzi się 5 września wskutek cesarskiego cięcia o godzinie 21.55. Jego waga to 4000g, a wzrost 56cm. Dostaje 10 punktów w skali Apgar. Ja wyjeżdżam z sali godzinę po cięciu (słowa M.). On widzi naszego synka 3 sekundy i to tylko dlatego że krzykną do położnej która wiozła Maksiulę, by poczekała bo to jego synek i chce go zobaczyć. Podobno był spokojniutki i patrzył na niego szeroko otwartymi oczami.
Ja zobaczyłam Maksa po przebudzeniu na sali poporodowej. Tak się wzruszyłam, że głośno zaczęłam płakać, i mówić jaki jest śliczny i że mocno go kocham, aż druga położna przybiegła (sala obok to pokój położnych i noworodków, które były monitorowane). Ale widząc moją reakcję tylko się uśmiechnęła i poszła sobie.
Nie tak to sobie wyobrażałam. Nie był to do końca poród rodzinny. Ja nie dałam rady. Nie widziałam synka chwilę po porodzie, ani on mnie. Nie było nawet kangurowania, bo nie jest to praktykowane w SPSK nr 4 …
A jednak, cieszę się, że mimo wszystko tak to się skończyło (bez wyciskania Maksia), bo dało nowy, piękny, choć trudny (noworodki znajomych jakby mniej płakały, były mniej wymagającymi dzieciaczkami i chyba ich rodzice otrzymali instrukcje obsługi ;) bo tak świetnie im wszystko wychodzi) początek.

czwartek, 14 maja 2015

O niej, o nas.

Miało być o urlopie. O bardzo-proszę-niech-M.-dostanie-ten-urop ... Niedostał. Jest zatrafikowany na miesiąc z okładem i dupsztik. Telegraficzny skrót. Urlop biorę tak czy inaczej, bo jeśli nie w czerwcu to kiedy? Sierpień ... wrzesień. Dziękuję. Biorę.

Dzień zaczął się od wczorajszego rozmyślania co by tu ...? Stomatolog? OK, na 15.00 (wyjęcie szwów), a wcześniej? Ciucholand, kawa, książka, codzienność ...ogarnianie ...

Jadę autobusem. Sms od przyjaciółki.

"B. drugą noc z rzędu śni mi się, że jesteś w ciąży i masz mieć córeczkę :) ...." Pisze też, że zmieniałam kolor włosów i fryzurę. Proroczo, bo nie widziałyśmy się baaardzo długo. :)
Piszę o tym. I jeszcze wtrącam, że myślałam o Niej. I mam już pogodnie, acz niezobowiązująco skończyć smsa, tzn buzie, albo ściskam, ale nie. Pykam "W. co u ciebie?".

Otworzyłam puszkę Pandory. Tym pytaniem.

Schowałam telefon, wysiadam na przystanku, idę do lubianej ciucharni.
Szperam.
 Wibracja.
OK, ten sms może poczekać (przybytek T.O. działa na mnie, tak jak na filmowego pirata mapa z zaznaczonymi skarbami. Serio, to mój nałóg. ;)).
Nie, nie może.
Aha M. coś pisze.
Przebieram w swetrach, kurtkach, szertach ...
Znowu wibracja. Pewnie M. Nie patrzę na wiadomość.
Płacę, wychodzę.
Idę do sąsiedniego grajdoła.
Mnóstwo ludzi. Mhym 'nowy towar'. No to w zasadzie mogę iść do domu...

Sięgam po telefon.

Jest gwarno, gorąco.

Odczytuję wiadomość.To od W.

Brakuje mi tchu.

Oczy się szklą. Wycieram łzę. Obraz mi się zamazuje. Ciągle i ciągle. W brzuchu łasiczka ćwiczy akrobatyczne numery. Zaczynam się telepać. Odpisuję.

Moja W.
Moja kochana Przyjaciółka.

Przechodziła przez to samo co ja, tylko pół roku później (jak się spotkamy to pewnie wymienimy się datami, opisami, łzami i radościami...).
Straciła dziecko.
Ma problemy z płodnością. Mają.

A ja nic o tym nie wiedziałam.

Ona o mnie nic nie wiedziała.

Zastanawiasz się czemu? Zaraz to opiszę. Chwilka.

Wymieniamy smsy. Kreślimy te elektroniczne słowa, zdania. A ja nie wierzę. Nie wierzę, że i ją to spotkało.
Nie ją!
Nie, nie twierdzę, że ktokolwiek na to zasłużył, ale ....

W. pisze, że płacze. Ja w tym ciuchu ... też.

Pisze, że przeprowadza się z L. do G. Do swojego TeŻeta. Już jest w części spakowana, przeprowadzona,mieszkanie, nie wiem, czy wystawione do sprzedania.... Pewnie tak.
Kupno nowego. Nowa praca, której nie ma. Stara, która jest.

W czerwcu czeka ją operacja. Jutro leci do Irlandii, do naszego szkolnego kolegi, na ślub.

Za chwilę jej nie będzie.

Myślę sobie, kurwa to inne województwo, stracę ją... :(
Chociaż nie, to trwa już jakiś czas. Prawda W.?

Jak się poznałyśmy?
W przedszkolu. Chodziłyśmy do jednej grupy. Kochałyśmy naszą panią przedszkolankę. Panią Basię. Mówiłyśmy, że jak dorośniemy, będziemy jak ona. :) Razem dzieliłyśmy dziecięce sekrety. Kłamałyśmy, że mój brat i jej siostra chodzą do sobą. Wymyśliłyśmy "piosenkę o chomiku". Jedna drugą uczyła by składanki z brzydkich wyrazów miał swój rzeźnicki sznyt. Czytane z wypiekami bravo girl ... mój pierwszy raz ... i pytania intymne. To był dział obowiązkowy.
Pierwsza kradzież (tak, tak biję się w pierś mam na sumieniu tak haniebne czyny) w sklepie - nomen omen - tania odzież. W. zawinęła dla mnie legginsy, ja dla niej z galerii jakąś wsówkę. Z niebieskim motylkiem. Jedno z pierwszych paleń...
Nasze nałogowe oglądanie "Szkoły czarownic" i wiara w różne takie ... czarne koty, czarne swetry, czarne skóry na grzbiecie ...
Poszło to tak daleko, że nawet zawarłyśmy pakt krwi.  Jessssu. Kropelka jej krwi, kropelka mojej. Kielich wina.

Oczywiście nie przyjaźniłyśmy się na wyłączność.

W. to ekstrawertyk. Bardzo inteligentna, niezależna, towarzyska, dowcipna,  śliczna dziewczyna, do której garnął się wszyscy.
Ja jestem typem bardziej 'do środka'. Zawiązuję znajomości, ale często są one płytkie. Słucham, mało mówiąc o sobie...
Nierozłączne, ale nie wszędzie.
8 klasa.
Czas wybierać szkołę. W. wybrała "7". Zgadniesz, gdzie chciałam iść ...? :)
Kurwa, nie wierzę. Nie dostałam się! Mój świat runął. Zabrakło mi punktu.
Błagałam rodziców, by coś podziałali. Dyrektor wymienionego wyżej LO mieszkał w naszym bloku. Tato poszedł (mój kochany Tato!) i prosił ... chyba nawet próba przekupstwa była.... A była? Facio się nie dał. I dobrze!
Załamana wybrałam inne LO, z numeracji - sąsiednie.
Więzy się poluzowały.
I wiecie? Odetchnęłam. Żyłam pełną piersią. Pierwsza klasa liceum to mój M. Nasz świat.
Plus picie wybornych trunków, palenie ... I wygrażanie środkowym palcem całemu wszechświatowi.
W. jak to czytasz, to o ile cię znam, nie masz mi za złe tych słów? Prawda? Byłaś w moich myślach, ale nie na pierwszym miejscu...

Znowu się do siebie zbliżyłyśmy. Opowieści o pierwszych razach (nie chciałam ci powiedzieć... to miała być nasza (moja i M.) tajemnica. powiedziałam).

Mój spierdolony pomysł .... zerwanie z M. Byłaś blisko, czułam to.
Twoje wielkie rozczarowanie A.
Wasz fantastyczny związek, który uległ totalnej destrukcji ... Twoje załamanie. Nie było mnie przy Tobie. Dziekanka tego nie tłumaczy. ZAWSZE jest sposób by być blisko przyjaciela. Zawiodłam na całej linii. Przepraszam.
A jednak na przestrzeni lat, ciągle się odnajdywałyśmy.
Ilektoć się spotkałyśmy, nie było niezręcznej ciszy. Nie mogłyśmy się nagadać ...

Przeprowadziłam się do innej dzielnicy. Kontakt był urywany. W zasadzie życzenia urodzinowo-świąteczne.
Poprosiłam W. by została moją druhną. Od razu się zgodziła. Mimo, że nie przepada za kościołem, obrzędami ...
W. przyszła na ślub sama. Powiedziała, hmm dokładnie nie pamiętam. Ale na pewno... nic na siłę. I że ma dość facetów.
Do czasu :)
Poznała B. Przez naszego klasowego kolegę, z którym to zaprzyjaźnił się w Irlandii.
Ostatnio spotkałyśmy się ponad 2 lata temu. W. mówiła, że cieszy się z tej znajomości, że to TEN. Ale w trakcie rozmowy nachodziły ją wątpliwości. Polska, ale inne województwo. B., na tygodniu pracuje poza Polską, inni znajomi, wykształcenie ...
A to przecież nieważne. Nieważne gdy się kocha.
Co z tego, że piszę ...banały? Czy ci to przeszkadza? 
Są razem już ponad 2 lata. Pomimo. To piękne!
Tylko czemu kolejna para musi doświadczyć, tego kurewskiego bólu, żalu? Załamania.
Wiele par to spaja i zwiększa pojemność serca. Dobrze, że tak jest u W. i B.
Wiecie, że go nie znam? Nigdy się nie poznaliśmy.
Po ślubie, nasza przyjaźń przechodziła stadium podsypiania, wygasania.
Najpewniej było to podyktowane tym (z mojej strony), że zazdrościłam (po raz któryś ... przeczytałaś? jest mi głupio, ale czuję też pewnie rodzaj oczyszczenia...) W. fajnej (jasne, jasne, wiem, że to względne), dobrze płatnej pracy. Możliwości wyjazdów, bycia tu i tam...
Ja stałam w miejscu (praca), rzeźba w gównie nad wyraz dobrze mi wychodziła i nie chciałam tego zmieniać (do teraz nie chcę, nie mogę?). Bo ... bo zawsze coś. Bo czekam. Uchhh czkawką mi się to odbija.

Teraz stoimy w tym samym miejscu.
Przechodziłyśmy to samo. Byłyśmy tak blisko. Tuż obok. I co? Mam nadzieję, że nie zmarnujemy kolejnych lat.
Mam nadzieję, że będziemy w upragnionych ciążach. Z wymarzonymi dziećmi...

Czekam, aż W. przyleci z Irlandii.
Czekam na Przyjaciółkę.
Kocham ją.
Jak dobrze rozumiem ...


Wyszłam z ciucharni. Byłam tam jak obita ...
W drodze do domu byłam półprzytomna.

Do tej pory wszystko przetrawiam. Nie mogę uwierzyć.






Wielki słowotok. Niczego nie kasuję. Choć nie ze wszystkiego jestem dumna.
Nie opisałam tak wielu ważnych spraw.... Nie da się. To prawie 25 lat znajomości. Albo i nie prawie. Bo mamy po 31... Nooo W., w czerwcu.
Ale jeszcze dopiszę.
Wierzę w dobre jutro.

środa, 17 grudnia 2014

Przez furtkę, do przeszłości.



Michael Buble cicho śpiewa o miłości…
Choinka pyszni się muchomorami ze szkła, przezroczystymi bombkami, które wyglądają jak bańki mydlane oraz ciepłą, żółtą barwą światełek.
Gwiazda zawieszona na balkonowych drzwiach wskazuje kierunek … na południe …
Prezenty czekają na spakowanie.
No nie, jeden jest w drodze do empiku, po który udam się na dniach, po sweter dla brata też wypadałoby się przejść, bo o ile sobie mogę wmówić, że jeszcze czas, to kalendarz pokazuje co innego.
Już 17.12! Rety!!

Ostatni tydzień minął błyskawicznie, obciążając mnie zmęczeniem i konkret niewyspaniem.
Ciągle czułam się jakby ktoś mnie otumanił, wydrylował, a głowę napełnił watą.
Już jest lepiej.
Choć jeszcze kilka mocnych, intensywnych dni.

Nie chwaliłam się moimi mikołajkowymi prezentami.
Nadrobię :)

Dziś byliśmy u znajomych.
Jeszcze rok temu mój Mąż i Ł. byli wspólnikami. [rzez 5 lat robili stronki internetowe, niestety z końcem 2013 zostali zmuszeni do zamknięcia działalności, ponieważ …no cóż stało się życie. Coraz mnie zleceń (dziwne, bo ludzie do dnia dzisiejszego dzwonią i pytają …), a sporo i coraz więcej wydatków.
W każdym razie J. zawsze byli gdzieś tam w moich myślach, ale tak bez przesady. Grillowanie, rowery, jakieś giercowanie (Ł. zapalony gracz wszelkich planszówek i w ogóle gier towarzyskich), picie, świętowanie – brzmi dość zażyle. Dość.
Para z wieloletnim stażem – w związku, małżeńskim 3,5 roku. Mega dopasowana z jednobrzmiącym zdaniem na temat………wszystkiego :)
Nie zapomnę jak A. mówiąc o naukach przedmałżeńskich (wiesz 10 spotkań, w tym chyba? 8 z księżmi, pozostałe z psych.) z psychologiem, który to pokazywał jak wyglądają jajniki i jajowody oraz macica kobiet, które stosowały antykoncepcję (A. nigdy żadnych tabletek, plastrów itp) oraz kobiet, które nigdy nie zabezpieczały się chemicznie (‘piękne, zdrowe narządy rodne niczym żyzna gleba pod nasiona’).
W każdym razie powiedziała mi tekst, który najpierw wychichotałam (w głowie), później zaczął mnie prześladować.
„Bóg wybacza zawsze, człowiek-człowiekowi czasami, natura - nigdy”. Coś takiego …

Po poronieniu okropnie się karałam.
Słowami.
Robię to do dnia dzisiejszego.
Może gdyby nie tabletki antykoncepcyjne od 18 roku życia …? Z dłuższymi, krótszymi przerwami do 27 r.ż. Może gdyby nie zmiany na takie i owakie hormony?
Nie wiem. Pewnie nigdy się nie dowiem. Ale męczy mnie ten teks usłyszany od A. Dodatkowo zasłyszany na naukach przedmałżeńskich spotęgował i upewnił mnie, że to co mnie spotkało to KARA. I męki piekielne będę przez to przechodziła do końca moich dni.

Dziś po raz pierwszy, po blisko roku niewidzenia spotkaliśmy się znowu. Oni już w 4. CZWÓRKĘ.
Przełamałam się by do nich podejść, bo to przedłużające się milczenie i udawanie, że F. nie przyszedł jeszcze na ten świat było zbyt długie, wymowne.
M. ma 2,5 roku.
F. ma jeszcze nieskończone 5 m-cy.
Idealni.
Obrazek Rodziny.
Miłości.
Ciepła.
Mimo smarków i wysokiej temperatury u M. Kichającego F.

Byliśmy z M. niecałą godzinę, a ja czułam jak martwieję w środku, uśmiech zastyga mi na ustach, jeszcze chwila a oczy będą się szklić.

Mantra.
Uspokój się.
Zaraz będziesz na dworze.
W drodze do domu.
Z M.

Czy ja poznam kiedyś jaki smak ma Rodzina?
Czy będę tulić jedno dziecko, pocieszając i całując drugie? Uśmiechając się do Męża, czując jego wsparcie…?

Zrobiłam wolne tłumaczenie, zasłyszanego tekstu …
Bóg ci nie wybaczy, nie za to co zrobiłaś, zresztą przypieczętowała to natura, a człowiek czasami przypomni. Ja jestem tym człowiekiem.

Katuję się. Wiem.
M. mówi, że nie radzę sobie z bólem po stracie. Fakt.
Zasugerował, że powinnam porozmawiać ze specjalistą. Psychologiem. Nie chcę zwierzać się obcej osobie. Nie umiem i nie chcę.

Rwany ten post.
Ale jestem u siebie.
Porządkuję myśli ….

Nadal biorę Acard. 

Zmieniam tytuł. Brzmi jak ściągnięty z bloga, którego obserwuję ;)

czwartek, 20 listopada 2014

Okruchy.


Dziś spadł pierwszy tej … jesieni śnieg.
Idąc do pracy poczułam się tak radośnie i lekko.
I nieważne, że los dałam niezłego pstryczka w nos. Wierzę, że jeszcze dane nam będzie rozkoszować się smakiem rodzicielstwa.

Szaleństwo bożonarodzeniowe rośnie w siłę, a to dopiero 3 tydzień listopada … Cóż, marketing, zarządzanie … sama biorę w tym udział. :) Nie lubiłam, tzn z góry skreślałam Michael'a Buble'a i jego wyczyny wokalne, a kto od tygodnia jest jego gorącą fanką? Mhym, tak to ja :D Szperam w sieci jego płyt, przedzieram się przez kolejne strony z utworami, szukam kolęd i utworów okołoświatecznych. Płytę nabędę, choć na ten czas nawet nie mam gdzie jej odtworzyć. Ups, jest! …lapek :) Niezawodny, choć rzęchowaty.
Miły dla ucha akcent świąteczny mogę uznać za prawie-obecny.
Prócz tego serfuję po ikeowskich stronach … fajnie by było mieć gwiazdę rozświetlającą mrok wieczoru ;]  A przynajmniej tak sobie tłumaczę. Na czym stanie, nie wiem. Bo allegro pokazuje niefajne ceny za te same produkty, które są na stronach szwedów.
W myślach mam choinkę. Dokładniej jodłę kaukaską…
Kruche rogaliki z migdałami …
Sałatki …
Schab ze śliwką …
Prezenty dla najbliższych ...

Ale to wszystko otoczka. Miłe dla oka, języka i ucha okruchy tego co najważniejsze.
Dawno, nie czułam tego wewnętrznego przeżywania narodzin Boga. Bardzo dawno.
Bo ostatnio miało to miejsce w 2005 roku.
Roku wzgardy dla mojej miłości –M. Błądzenia, wybaczania.

Miałam iść do spowiedzi. Ale bardziej w celu odbębnienia, niż oczyszczenia i radości.
W dniu spowiedzi, albo dzień wcześniej miałam przerażająco realny sen z nieżyjącą już Babcią Sabinką (bardzo słabo ją pamiętam. Ale miłość, dobro i czułość zostanie z niej we mnie do końca życia) która zmieniła się w Matkę Boską. Kosmos. Jeszcze chwilę po otwarciu oczu widziałam ją wysoko na ścianie pokoju, w którą się wtapiała i rozmywała.

Przy spowiedzi rozkleiłam się. Wyłam jak głupia. Po raz pierwszy mówiłam o antykoncepcji, jako o formie grzechu, takich i owakich używkach. Spowiednik był fantastyczny, taki ludzki, pocieszający i pouczający. Taki, ‘normalny’.
To było moje pierwsze i jak dotychczas jedyne prawdziwe oczyszczenie w kościele. Takie od ‘a do z’. Nigdy więcej tego nie powtórzyłam.
Nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek doświadczę takiej …czystości, pałera i ‘otwarcia’, skruchy. Nie czuję, że jest mi to potrzebne. Nie czuję, że będę wysłuchana i zrozumiana. Nie w kościele.
Od kilku lat moim powiernikiem jest Mąż. Na ten czas uważam, że to wystarcza. Czasem sama jego bliskość.

Pewnie relacja Bóg-ja byłaby inna gdyby nie ten wspomniany z początku posta ‘pstryk w nos’…

Tymczasem, już sama myśl o spotkaniu w kręgu (dwu)rodzinnym robi mi miłe gilgotki w duszy, więc …cieszę się na to nadchodzące Boże Narodzenie. Jeszcze miesiąc.



Na stoliku paruje kubek gorącej czekolady (nie mylić z kakao ;)), herbatniczki, kocyk, książka… lubię to! :)

Dobrego wieczoru!

wtorek, 11 listopada 2014

Odpuszczam, chyba ...



Nie radzę sobie ze smutkiem i złością. Zalewa mnie żal, gorycz …
Wczoraj, przed snem powiedziałam M., że nie zależy mi na tym cyklu. Zero testów owulacyjnych, zaglądania w kalendarz (aha ciekawe kto wymaże mi z głowy 03.11?), sprawdzania co słychać ‘tam’, na dole ... jakby ciało nie dawało mi znaków, że to ‘ten czas’ … Postaram się nie wsłuchiwać w siebie … choć to pewnie niemożliwe.
Nie wiem po co się oszukuję, ale tak bardzo chciałabym by mi nie zależało. Tak jak miało to miejsce jeszcze dwa lata temu … Chryste, dwa lata temu przy składaniu opłatkowych, noworocznych życzeń o dzieciach, powiększeniu rodziny jeżyłam się i krótkim, nieuprzejmym parsknięciem ‘nie teraz’ zbywałam członka rodziny M. lub swojej.
Zeszłe święta były inne.
W wigilię powiedzieliśmy moim Rodzicom o ciąży, Rodzice, Brat w lekkim szoku … by za chwilę gratulować. Rodzice M., jego siostry – podobne reakcje, powiększone o …spekulacje teściowej do kogo Groszek będzie podobny, do rodziny A, czy K., a może … Pamiętam, że zezłościłam się w duchu okrutnie i cichutko poprosiłam, by podobieństwo do teściowej było minimalne … dziecinne i głupie. Ile bym dała, by w te głupie gadki mogły się ziścić. Byśmy mogli spotkać się dziś, posiedzieć przy pysznym ciachu, pospacerować po wąwozie i zastanawiać się w kogo wda się malutek, gdy podrośnie …

Ile będzie wszystkich prób? Tygodni, miesięcy … lat oczekiwań? Czy tylko dwie drogi przed nami …?
Każdy miesiąc to nadzieja. To zawód. Huśtawka emocji.

Dziś na naszym balkonie nie łopocze flaga. Powiewa pranie, suszą się buty …Dzień podobny do poprzednich słonecznych i przyjemnych dni.
Tylko tak smutno mi dziś. 

Za chwilę robię kolejną dużą herbatę. Serial, czy Robert Rankin? A może kolejna dawka 'seans z allegro' ? Muszę skończyć z tymi ciągotami do zakupów przez neta!

czwartek, 18 września 2014

Nasze małe święto.



Z M. znamy się od 18 lat (tak…TAK!). Parą jesteśmy od 14. Kawał czasu, biorąc pod uwagę, to że ja mam 30, a Mąż 31.
Początki …moja dzikość i wstydliwość, głupota, entuzjazm, fascynacja, zakochanie, miłość … Nie myślałam, że z moich - tak na serio – pierwszym chłopcem połączy mnie długoletnie oddanie, miłość i namiętność. Pomimo potknięć…potknięcia dokładniej. Jednego, znaczącego, po którym sklejaliśmy się długi i po którym nawet teraz, 9 lat później mam w sobie dysonans … a jednak myślę, że jesteśmy - tu wyświechtany frazes – swoimi uzupełniającymi się połówkami kwietniowych pomarańczy. :)

18 września 2010 idąc trasą nad Morskie Oko, Czarny Staw… nie spodziewałam się tak pięknego widoku jakim był wzruszony, zaczerwieniony ze zmęczenia i stresu – M., który stał z małym beżowym (no powiedz jak mogłem wybrać czerwone opakowanie? … i to w kształcie serca? … to takie oczywiste …:)) otworzonym pudełeczkiem w dłoni. Ślicznym pierścionkiem w środku. Ja ze zdziwienia nie wiedziałam co odpowiedzieć, czym zdumiałam M. Po chwili porwałam go w objęcia i już przez łzy wzruszenia wykrzykiwałam TAK, oczywiście i … bierzmy ślub jak najszybciej. Obyło się bez świadków ;) Choć pewna nie jestem. Kocham polskie Tatry. Ale od tamtego września, zostawiłam tam serce…

Nie świętujemy dziś jakoś szczególnie.
Zapewne skończy się na dużym kubku herbaty z miodem i filmem obejrzanym na lapku, ale w sobotę obiecuję kupić ulubione wino. I może zrobię kabanosiki w cieście francuskim?

Dobranoc.

PS. Wymóżdżony nowy wygląd bloga ;) Myślę, że na tę chwilę może być. Prawda?

Kilka zdjęć z września 2010r.:

Morskie Oko
Czarny Staw pod Rysami

Czerwone Stawki

środa, 17 września 2014

Nie jestem pępkiem świata.



No .....nie da się ukryć…:) Choć często mam postawę roszczeniową. „Popatrzcie na mój ból. Spójrzcie na łzy. Ja cierpię. I to jak!” Do czego do cholery zmierzam? Ano do tego, że nie tylko ja kogoś straciłam.
U Męża widziałam łzy tylko wtedy gdy wracaliśmy samochodem ze szpitala.
Noc. Nocne marki wracające z imprezy albo dopiero ruszające w miasto.
Światła sygnalizacji pulsujące …‘uważaj’.
My rozwaleni wiadomościami o serduszku, które nie bije i to od dawna …
Mąż zdruzgotany. Raz po raz wycierający oczy, chwytający moją dłoń.

Za parę godzin nowy dzień.
I później …
Cała gama uczuć. Moja.
M. się nie skarżył, nie narzekał, nie wyzywał, nie wygrażał, nie pytał.
Trwał.
Do zeszłego tygodnia.
Idąc do znajomych (pisałam o nich pod koniec lipca) na tzn oficjalne powitanie nowego człowieka. Małej O. Wiem, że do końca życia ta mała dziewczynka z 2014 roku będzie przypominać mi o Groszku.
Widziałam to też we wzroku Męża.
Powiedział mi to w tę niedzielę.
Miał ochotę wziąć Małą na ręce i nigdy nie puszczać. Całować, tulić, opiekować się nią. Być kimś ważnym. Nie wujkiem w ostatnią sobotę, czy niedzielę miesiąca.
Mówił o żalu, smutku i goryczy niesprawiedliwości.
Mój Mąż też czuje. Tak jak ja.
Jesteśmy w tym razem.
Nie tylko ja odczuwam naszą stratę.
Muszę sobie o tym raz po raz przypomnieć.
Nie jestem pępkiem świata…


Wczoraj Rodzice byli na pogrzebie.
Zmarła druga żona mojego dziadzia. Kobieta, zażywna, doświadczona przez życie.
Nie umiejąca prosić, ale nie umiejąca również odmówić, choćby ostatniej złotówki.
Od kwietnia, a może raczej od momentu stopienia śniegów, aż do pierwszych przymrozków chodząca boso po obejściu.
Serdeczna i krzykliwa.
Umiejąca robić piękne „pająki” na święta.
Nie babcia, a jednak nie obca.
Pytałam Mamy czy jechać z nimi, na pogrzeb. Odparła, że modlitwa wystarczy.
Nie pojechałam.
Z modlitwą jestem na bakier, ale …przemogłam się.
Mam nadzieję, że trafiła do odbiorcy.

Od kilku dnia mam fioła na punkcie starych plakatów. Filmowych, teatralnych.
Po prostu szał!
Wiedziałam o tej formie sztuki od dawna, ale dopiero od zeszłego tygodnia bez opamiętania przeczesuję internet i przeżywam fascynację …
Jeden licytuję. Kilka obserwuję …    Zapewne na tym się skończy, bo do wypłaty jeszcze dwa tygodnie, a plakatowo trochę kosztuje.
Jeśli wygram licytację, pozostaje kwestia ramek. Mam nadzieję, że znajdę coś w ikei, do której ruszamy w październiku, z listą zakupów długą jak list do św. Mikołaja. I która z każdym dniem niebezpiecznie się wydłuża! :o


Szafy zrobione. Fronty super! Wysokie,  pojemne, białe – moje marzenie zrealizowane. Jupi! :D

Do zrobienia pozostał jeszcze mały – tramwaj – pokój.
A później ... znając mnie - znowu coś ;)

Udanego wieczoru!


niedziela, 31 sierpnia 2014

Narodziny których nie było.



Bez telefonów. 

Już? 

Urodziłaś?

Bez skurczów.
Bez przekleństw.

Są łzy.
Jesteśmy my.

W moim sercu Ty. Synku.
Kocham :*

piątek, 29 sierpnia 2014

Czekam. Czuję.



Boję się TEGO dnia.
31.08. Jest już blisko.
Tuż tuż.

Jakiś czas temu, kiedy M. nie było w domu zajrzałam do jego szuflady biurka. Wiedziałam, że tam je schował.
Głupio się czułam myszkując wśród dokumentów, karteluszek, długopisów, linijek. Nie ma.
Jak to ?!
Wyrzucił?

Nerwowe wywalanie kolejnych kartek.
Są.
Moje świadectwo.
Mój dowód, że Groszek był z nami. Mąż schował testy razem z kartą ciąży.
Moja duma.
Rozkleiłam się na całego. Dopiero co był grudzień, a ja urządzałam testom serię zdjęć, niczym do rodzinnego albumu. Przy choince. Przy prezentach. W dłoni. Z uśmiechem na ustach.
Czy kiedykolwiek dane mi jeszcze będzie zażyć takiego szczęścia?
Możliwe. Tak, chcę tego. Bardzo.
Pewnie nie będzie to już takie beztroskie. Nie pierwsze. Ale oddałabym wszystko za ten CUD.

Od kilku dni umawiam się z koleżanką - która mieszka na sąsiedniej dzielnicy – na spacer.
A. urodziła córkę 5 tygodni temu.
Widać w niej spełnienie i spokój. Spacerujemy po spajającym dzielnice wąwozie … Ona z wózkiem, ja z bulwą. Nie tak miało być… Ale to tylko życie. Aż życie.

Cieszę się, że A. nie odtrąciła mnie tak jak większość znajomych. Przez zakłopotanie? Przez grzeczność? Kurwa! Ja tak potrzebowałam, potrzebuję rozmowy, dobrego słowa. A tu nagle telefony zamilkły. Smsy z dobry mi radami ustały. Trudno, radzę sobie. Powoli, z każdym miesiącem jest mi łatwiej. Otrząsam się. Wiem, że na kilka osób nadal mogę liczyć. Choć nie zawsze rozumieją, to są. Czuję ich sympatię i gorące serce.

Wieczór z Mężem.
Świętujemy pierwszą wypłatę :)

Udanego wieczoru!

sobota, 2 sierpnia 2014

Sierpniowo.



Sierpień.
Ten miesiąc, dla naszej rodziny zawsze niesie ze sobą ładunek emocjonalny. Ciężkiego kalibru. Wiele pożegnań… Najsmutniejsze z Babcią. A w zasadzie brak pożegnania, bo gdy wracaliśmy z ówczesnym chłopakiem, a obecnym Mężem z ‘wojaży’ pt urlop dziekański na Wyspach, na lotnisku odebrał nas wujek z wiadomością: Śliweczko, babcia nie żyje.
Zmarła dzień przed moim powrotem do Polski. Do tej pory nie pogodziłam się, że odeszła nim naprawdę się pożegnałyśmy.
Była kochana.
Czuła.
Irytująca.
Męcząca.
Niecierpliwa.
Chojna.
Mistrzyni motków – achh te swetry, poszewki na poduszki, w róże.
Miłośniczka grzybobrania i swojego ogródka kwiatowego (mieczyki, peonie…) oraz warzywnego.
Gospodyni pełną gębą.
Wielbicielka ‘mody na sukces’ :o oraz świecidełek.

Kochała rodzinę, wieś i zwierzęta.

Zawsze podczas wakacji wespół z Dziadkiem, opiekowała się nami (moim bratem, mną i trójką rodzeństwa ciotecznego). Czasem byliśmy nieznośnymi bachorami … często niechlubne pierwsze miejsce obejmowałam ja … wstyd mi za to.

Z czasem, gdy w moim życiu pojawił się M., wakacje na wsi, zaczęły irytować. W liceum już nikt nie wymógł na mnie prośby, ani tym bardziej nakazu abym jechała do dziadków … Wszyscy dorośliśmy, drogi się porozchodziły … spotkania w większym rodzinnym gronie ograniczyły się do świąt. Wszelakich.
Jak czytam, to co napisałam to aż mi wstyd.
Mam nadzieję, że Babcia i Dziadek mimo wszystko czuli jak mi z nimi u nich dobrze! I że ich kocham.

Nie nawykłam do modlitwy. Jeśli jest mi źle, to mówię do Niej, do Babci, proszę o to była przy mnie. Niedorzeczne, ale czasem pomaga.

Chciałabym, by sierpień był ‘odczarowany’. By był miesiącem Nadziei.

PS. Tak spogląda na nas ‘sierpień’. :)
Hmmm coś mi nie poszło :( alo alo bloggerio!


O! Jest :)
Chyba zmienię tytuł posta ... to zdjęcie mnie rozpieprza :D
Ja o babci kochanej, a tutaj pan!