Pokazywanie postów oznaczonych etykietą radość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą radość. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 stycznia 2017

Akrobacje.

2017 zaczął się blisko miesiąc temu, a u mnie cicho. Podsumowania 2016 nie było i trochę żałuję, bo był to rok piękny, bogaty w wydarzenia, nowości. Był moim odkryciem innej mnie.

Wczorajszy dzień został zapisany niebieskim długopisem, w niebieskim notatniku w kratkę, ale chcę się nim podzielić również z Tobą. Taaam ta da tam pa raaa Maksiuń wczoraj po raz pierwszy obrócił się z pleców na brzuszek (3 razy), a nawet w brzuszka na plecy (tylko raz), to ostatnie mogło być przypadkowe, co uświadomiła mi W., pisząc na viberze, iż dzieci dopiero w 7 m.ż. nabywają taką umiejętność. OK., nie mam nic przeciwko. No ale plecki! Brzuszek! Taki wyczyn. :)) Malutku, jestem dumna. :)
Dziś znowu obrót i to uchwycony na video. Wieczorem w ruch pójdą @ i radocha z wyczynów akrobaty nie będzie tylko nasza, ale i dziadków, cioć i wujka. :D
Cudnie. :)

Na fora okołodzieciowe, a raczej matkowe nie wchodzę. Nie chcę czuć się inna, kosmicznie nieżyciowa, hop-do-przodu, gorsza. Nie wyobrażam sobie przelewać frustracji na synka, bo ten i tamten to już... a u nas nic z tego. A może właśnie już, a to niewłaściwe.

Maksiuń ma swoje 'dzienne stałości', ale mimo tego zasypia baardzo różnie, w dzień, od kilku dni potrafi spać ciągiem i 3 godziny, niestety (w tym czasie chciałabym posprzątać w szafie...w końcu! zrobić ciasto, odkurzyć, poczytać, podrapać się po nosie itp. itd. a tu..figa z makiem) muszę położyć się koło niego, z piersią gotową do użycia. Od dwóch tygodni nie kładzie się spać o 23ciej, a już ok 19:30 ….21:30... Do wczoraj. Uchh Nie wiem co go tak rozstraja. Tzn podejrzewam pogodę. Mróz, otwarcie grzejników w dużym pokoju (u nas nie grzeję, bo kończyło się to prawie zawsze moim bólem głowy, jeszcze wtedy gdy nie było Maksia) suche powietrze. Nie pomyślałam, że wietrzenie pomieszczeń niewiele daje, nawet przed snem, jeśli kaloryfer jest włączony na noc na przysłowiową '5'. Dostałam podpowiedź – rozłóż mokry ręcznik. No OK, ale trzeba go w ciągu nocy zmieniać, bo wysycha rach ciach.
Zaczęłam googlać nawilżacze. I nawet jeden miałam już w internetowym koszyku, ale jako że lubię wgryzać się w temat, który mnie interesuje postanowiłam poczytać, porównać. No i nie bardzo wskazany jest takowy (ultradźwiękowy), jeśli ma się w domu zwierza. :( A ewaporacyjny jest w tym momencie nie na moją kieszeń... Więc pozostają zmiany ręczników, wietrzenie i czekanie na wiosnę.



Nie wiem czy dobrze robię/my nie angażując w opiekę/pomoc moich Rodziców, teściów. Ale … jakoś nie potrafię się przełamać. Starszaki mają swoją wieś, zajęcia na niej, w tym nicnierobienie. Nie są napastliwi w chęci pomocy. Myślę, że najbardziej zawiedziona jest teściowa. Wnuka widzi mniej więcej raz na dwa tygodnie, czasem rzadziej. Rzeczywiście Maks reaguje na innych niż my podkówką, płaczem, wyrywa się z rąk, ale tak jak napisałam nie wyobrażam sobie codziennych lub co kilka dni spotkań, wizyt. O ile Rodzice, noo to są moi – swoi, o tyle mama M. … echh dzieli mnie z nią wszystko. Łączy syn-mąż, synek-wnuk. To dużo, to mało.
Inna sprawa, że kiedyś macierzyński się skończy. I co dalej? Powrót do poprzedniej pracy, która jednak męczyła... szukanie nowej, wychowawczy..? żłobek?(a raczej klub malucha i to bliżej skończonego 2 roku niż 14 m.ż.), babciowe? - no właśnie, ale skoro Maksio niezbyt często widzi babcie... myślimy już teraz o rodzeństwie dla Maksia...tym bardziej, że nie wiadomo jak długo zabiorą starania. Zrobić przeplatankę? Jak? Niby jeszcze wiele miesięcy do podjęcia jakiejś decyzji, a jednak myśli te plączą się po mojej głowie już któryś tydzień.
Są momenty w ciągu dnia, że chętnie widziałabym kogoś obok mnie. Kto wysłucha, porozmawia, wypije kawę zbożową, zje kawałek ciastka, pośmieje się, pójdzie na spacer. Od razu w myślach widzę (nie nie jest to mój Mąż) W., ale ona jeszcze nie przeprowadziła się z synkiem do L., tymczasem namiastką tego wszystkiego są rozmowy przez telefon, za co jestem baardzo wdzięczna.
W piątek, po raz pierwszy od początku października widzimy się z D., cudnie! Mam nadzieję, na szczere rozmowy. Już przełamałyśmy lody w wymienionych mejlach. Czekam na więcej.

Tymczasem, dobrego wieczoru!

Pisałam to wczoraj. A dzień dzisiejszy zaczął się od podwójnego obrotu w stronę taty. 😍 Ciasto wyciągnięte z piekarnika, podobnie jak kabanosiki w cieście francuskim. Chłopaki na spacerze, mają spotkać się w wąwozie z dziadkami (teściami) i przyjść do nas.

Dobrego popołudnia. :)

I zanim kliknęłam 'opublikuj' minęło popołudnie, Maksio brzuszkuje na kocyku, z ciasta została pyszna połowa ...

akrobata :)
z okazji skończonego 4 m.ż. Maksiuń dostał od taty balonik (buldożek nazywa się Pogbiś), który był od zawsze moim dziecięcym marzeniem (echh balony na hel :D)



poniedziałek, 26 września 2016

Dopóki pamięć.

No i jest wrzesień! Ba już się kończy, a nasz synek ma prawie 3 tygodnie!
A dopiero co był styczeń i tak bardzo czekałam na koniec lata …

Piszę to bo pamięć jest ulotna. Niektóre wspomnienia pewnie już teraz umknęły z mojej pamięci.

Niedziela 4 września. Jest wieczór, około 21szej, jestem po kąpieli, mierzę ciśnienie. 135/83 O nie!
Będzie ciut wyższe i jedziemy na izbę przyjęć. M. chce jechać już teraz, zaraz, ja go wstrzymuję. Kłócimy się. M. idzie spać do pokoiku Maksa, ja odpalam kompa w dużym pokoju. Dziś odkryłam super program prowadzony przez Dorotę Szelągowską „Dorota was urządzi”. Oglądam 3-4 odcinki. Ok 24tej obolała po Maksikowej kopaninie kładę się spać. Na siedząco. Taaa także kładę się, siadając. Na dworze pada deszcz, a ja śpię niespokojnie.
Jak każdej nocy, wstaję na siku. Kolejne i kolejne. :)
Na papierze krew, ze śluzem. Po raz pierwszy krew to dobry objaw, choć serce galopuje. Jest wręcz - po 9 miesiącach - wyczekiwana. Godzina (tutaj mam lekkie zapętlenie) 3 lub 4. Budzę M. Krzątanina. Pakuję kubek, dopakowuję jakieś rzeczy. M. wychodzi z bulwą na spacer i na parking po samochód. Po 5tej ruszamy do szpitala. Jesteśmy podekscytowani.
Na parkingu, przed szpitalem zaczynam dzwonić zębami, stają mi łzy w oczach. Ostatni raz byłam tu ponad 2 lata temu, wyszłam ze złamanym sercem. Ale teraz jest inaczej! Będzie inaczej!

Wchodzimy na izbę przyjęć. Siedzą dwie rodziny, rozmawiają. Panie są w zaawansowanych ciążach. OK, na pewno jedna z pań. Za okienkiem, po 'szpitalnej' stronie siedzą 3 kobiety. Widzą nas, ale żadna nie wstaje, nikt o nic nie pyta. Hmm Po 5 minutach, jedna z pań-pacjentek mówi żebyśmy nie czekali tylko weszli.
Wchodzimy, w tym czasie z drugiej strony drzwi otwiera jedna z pań, ta z '3'. Mówię co i jak. Zaprasza do siebie, nazwijmy to dyżurką. Nasze dane są już w kompie, od ponad 2 lat, ale potwierdzam zamieszkanie, numery telefonów.
Po formalnościach, zostaję podłączona pod KTG. To dopiero nasz drugi raz. Skurcze mini mini, raz wykres góruje bardziej. Skurcz '60'. Nic nie czuję. Ha! Do czasu …
KTG trwa ok 30 minut, niedługo będzie 6.00
Położne mierzą mi ciśnienie, coś uzupełniam, podpisuję. Jest telefon do lekarza dyżurnego. Przychodzi czarnowłosa pani doktor. Pyta co i jak. Zaprasza na fotel. Sprawdza papierkiem PH. Jest odczyn. 7. Zasadowy, czyli wody się sączą. Zostaję przyjęta na trakt porodowy. Łzy stają mi w oczach. To już. Naprawdę! Wskakuję jeszcze na wagę, przebieram się. M. zanosi niepotrzebne rzeczy do samochodu.
Położna prowadzi mnie na trakt porodowy, pomaga nieść torbę. Torba robi szoł. :D Nie tylko na trakcie, ale również później na położnictwie. ;) Położne chcą wiedzieć gdzie ją kupiłam i pytają czy mogą pokazać ja na dyżurce pozostałym koleżankom.
Na trakcie inne położne pytają dlaczego zostałam przyjęta. I fukają. Bo z powodu odejścia czopu śluzowego (te pasma śluzu i krew to czop .. hmmm miałam inne wyobrażenie. Myślałam, ze to będzie coś na kształt korka :))) nie powinnam być przyjęta. Przecież zanim zacznę rodzić to może to potrwać godziny, albo i dni, do 2 tygodni. No to mówię o badaniu PH. Aaaa no to czemu od razu nie mówi. Echh Dostaję opaskę na łapkę.
Jest puściutko. To gdzie kładziemy? - słyszę. Na jedynkę. Jupi! Jak ja się ucieszyłam. Ta jedynka to nie taka jedynka-jedynka. Po prostu sala w sali, oddzielona ścianami, ale nie do sufitu. To boks, a obok jeszcze po jednym. To i tak lux. Bo dziewczyny po drugiej stronie leżały po 4 na sali. I wszystkie się widziały. I wszystko widziały (przynajmniej tak to wyglądało, jak drzwi były otworzone). Jako że nie miałam żadnych bóli, kazałam M. jechać do domu i wyjść z psiutem. Pojechał (chyba) po 10.00 Położne przychodziły, pytały co i jak. Studentki I roku również pytały co i jak, mierzyły ciśnienie, temperaturę. Nuuuda. Zostałam podpięta pod KTG. Z Maksiulą OK. Gorzej, że po 3 godzinach na lewym boku myślałam, że zejdę z bólu. Mhym TO BYŁ BÓL?! ;)
M. przyjechał, w międzyczasie została przyjęta dziewczyna do boksu obok. My sobie gadu-gadu … nic się nie dzieje. Na obchodzie, jeden z lekarzy stwierdził rozwarcie na 1cm (słabiuśko :(), sączące się wody – znowu papierek. Postanowił żeby zaordynować mi kroplówkę z oksytocyny oraz podać czopki glicerynowe, choć brzuch miałam miękki (w ogóle nikt nie pytał o lewatywę – a chciałam). Gadamy z M., śmiejemy się. Nic się nie dzieje. Stwierdzamy, że trzeba zawieść bulwozaura do rodziców M., bo nie wiadomo jak długo to wszystko potrwa. Proszę M. o gazetkę. Gazetkę! I to jaką? Nie „Rodzice”, czy „Dziecko”. Nieee to ma być „M jak mieszkanie” (niewyoglądane do chwili obecnej leżakuje w małym pokoju na parapecie).
Dostaję 4 czopki. Uchh Oraz powoli, baaaardzo powoli kapiącą kroplówkę z oksytocyną. Kapanie od 12stej - 13stej (chyba) do 15stej. Trochę bardziej czuję skurcze. Leżenie na boku, już prawym pod KTG to udręka. Już niechętnie odpowiadam na zagadywanie studentek. Zaczynam zagryzać wargi, mniej się odzywam do M., na co on reaguje lekką obrazą. Chcę iść do toalety, ale jest proponowany basen. Nie mogę zrobić do tego ustrojstwa siku. Położna odpina mnie od KTG. Z kroplówką, jak wierną przyjaciółką idę do toalety. Wieeelka ulga móc się ruszyć, choć w głowie się mąci.
Około 15stej rozwarcie jest na 4cm.
Do boksu obok, tam gdzie jest fotel przyjeżdża dziewczyna. Jęczy, krzyczy. Po kilku parciach słychać krzyk noworodka. Jestem tym zachwycona.
Od 15stej częstotliwość skapywanie kroplówki jest zwiększona. Ból się wzmaga. Położna przebija mi nad basenem wody płodowe, pyta czy przynieść coś na ból. Coś o działaniu narkotycznym. Chodzi o Dolcontral. Na początku odmawiam, myślę, że dam radę bez tego, ale po pewnym czasie proszę M., żeby położna pomogła mi, ulżyła. Ból jest obezwładniający. Mówię M., że chcę umrzeć. Błagam by mi pomógł, bo ja umieram. Piję łapczywie wodę. Dłoni ściskam pomadkę ochronną, pomaga mi to w przypływie bólu. W przebłysku nie-bólu słyszę jęki dziewczyny z boksu pierwszego. Już nie rozmawia ze swoim partnerem. Już skupia się na sobie. Jak ja. Położna bardzo mi pomaga, mówi jak oddychać. Jakbym zdmuchiwała świeczki z tortu. Wyję z bólu. Ale to tak wewnątrz siebie. Na zewnątrz się hamuję. Proszę o jeszcze jeden zastrzyk przeciwbólowy. Po nim mam cudownie otumanioną głowę. Pełną waty. Przez moment mniej boli, ale skurcze nadal czuję. O 20.00 cisza, bóle, skurcze ustają. Boże! Jakie to cudowne!! Jest 10 rozwarcia. :)
Próbuję przeć na boku, położna trzyma mi jedną nogę, M. przytrzymuje drugą. Nie umiem przeć. Nie wiem jak spychać powietrze do wnętrza brzucha. Jestem przerażona. M. stara się jak może, tłumaczy. Położna każe mi wstać, oprzeć się łokciami o łóżko i kręcić młynki biodrami. Krew kapie na podłogę. Położna każe komuś przynieść jakiś materiał do przykrycia. Materiał też jest zakapany przez krew. Wcześniej dostałam jeszcze jedną serię 4 czopków. Na szczęście nie spowodowały one katastrofy, której się spodziewałam. Znowu pozycja na boku. I na plecach. Mam obmywane krocze ciepłą wodą. To tak cudownie koi, że myślałam, że się rozpłaczę z wdzięczności!
Mam wstrzymać się z parciem. Przecież się nie da. To silniejsze od mojej woli. Jest około 21.30 parcie nie wychodzi mi dobrze. Maks też źle się wstawił (wysokie proste stanie główki). Byłam mierzona takim jakby cyrklem (obwód bioder) i teoretycznie powinnam dać radę urodzić. Przepraszam M. i położną Kasię. Że nie dam, nie dałam rady. Nie potrafię. Czuję olbrzymi zawód.
Przez ten cały czas Masiul jest monitorowany pod KTG. Wszystko z nim dobrze.
A jednak. Przychodzą jeszcze inni lekarze i potwierdzają, ze nie ma na co czekać i zwlekać, bo to za długo trwa. M. zdenerwowany prosi by jak najszybciej reagowali. No i ja nie mam sił. Średnio to słyszałam, bardziej od M. to wiem. A jednak jak przewożą mnie na łóżku, na salę operacyjną to płaczę i jestem wdzięczna.
Maks rodzi się 5 września wskutek cesarskiego cięcia o godzinie 21.55. Jego waga to 4000g, a wzrost 56cm. Dostaje 10 punktów w skali Apgar. Ja wyjeżdżam z sali godzinę po cięciu (słowa M.). On widzi naszego synka 3 sekundy i to tylko dlatego że krzykną do położnej która wiozła Maksiulę, by poczekała bo to jego synek i chce go zobaczyć. Podobno był spokojniutki i patrzył na niego szeroko otwartymi oczami.
Ja zobaczyłam Maksa po przebudzeniu na sali poporodowej. Tak się wzruszyłam, że głośno zaczęłam płakać, i mówić jaki jest śliczny i że mocno go kocham, aż druga położna przybiegła (sala obok to pokój położnych i noworodków, które były monitorowane). Ale widząc moją reakcję tylko się uśmiechnęła i poszła sobie.
Nie tak to sobie wyobrażałam. Nie był to do końca poród rodzinny. Ja nie dałam rady. Nie widziałam synka chwilę po porodzie, ani on mnie. Nie było nawet kangurowania, bo nie jest to praktykowane w SPSK nr 4 …
A jednak, cieszę się, że mimo wszystko tak to się skończyło (bez wyciskania Maksia), bo dało nowy, piękny, choć trudny (noworodki znajomych jakby mniej płakały, były mniej wymagającymi dzieciaczkami i chyba ich rodzice otrzymali instrukcje obsługi ;) bo tak świetnie im wszystko wychodzi) początek.

poniedziałek, 14 marca 2016

Pierwsze.

Powoli zaokrąglam się. Zauważyłam też u siebie nowy gest. Dotykam brzucha, kładę doń nad i pod brzuch. Lubię to. :) Nie wiem jak to napisać, ale mam 'świadomość' brzucha, tzn że jest tak jakby ciężej ... środku. Nie zawsze mam to wrażenie. Nie umiem oddać uczucia i ubrać w odpowiednie słowa.
Jest inaczej. :)
Od dwóch tygodni, w każdą niedzielę robimy sesje brzucha-love.
Nieśmiałe, choć w całkiem śmiałym (i w końcu w użyciu) – gwiazdkowym prezencie – body.

Mamy też dwa pierwsze prezenty dla Malutkiej/Malutka, które są w zasadzie prezentami dla moich oczu, choć z korzyścią - uważam - dla nas. :) Bo czytanie na głos już było. Nawet M. zasłuchany był w opowieści o pannie Pchle.
Książeczki są przepięknie wydane, z cudownymi obrazkami, ukochanymi wierszykami...


Maluszkowe



W ubiegły wtorek otrzymałam telefon z luxmedu. W rejestracji są dostępne wyniki testu podwójnego. Nie powiem, zamarłam w pół kęsa, w pół gestu.
Przeszło mi.
W piątek odebraliśmy wyniki. Wydają się być pozytywne. Tzn małe prawdopodobieństwo.
Za to trochę zaniepokoił mnie wynik ryzyka samoistnego porodu przedwczesnego przed 34 tygodniem – 1:109. Do obgadania na wizycie, która dopiero 29.03 … mam nadzieję, że pomimo iż będzie to czas poświąteczny Doktorek nie zrobi sobie dnia wolnego …
Dziewczyny, czy ten wynik powinien bardzo niepokoić? Jak było u Was?


Niedługo wieczorne przykładanie ucha, co prawda za pomocą detektora, ale zawsze...

Jesteś! :)

niedziela, 20 września 2015

Na ucho.

Miesiąc wahań, zarówno emocji, jak i decyzji.
Od niewiary, do przenoszenia gór. Spojrzeniem.

W zeszłym tygodniu przyszedł okres, przedwcześnie. Czy kiedyś, to że przychodzi nie będzie bolało? Nie będę się czuła jak obita. Sama sobą?

Od wczoraj mam się lepiej. Mam dla M. i siebie więcej niż garść dobrych słów. Nowy cykl. Nie chcę wytyczać przymusowych, idealnych dni, zerkać, zapisywać, kalkulować. Iskrzy, to kocham. Kochamy się.
Nie chcę odpowiadać na wciąż zadawane pytania. Głównie przez W. (wiem, że chce dobrze)
Czy ufam doktorowi Sz.?
Co on w zasadzie mówi, zaleca, diagnozuje?
Czy to nie czas, by udać się na Bocianią?
Czy M. nie powinien się już zbadać?
Czy?
Czy?
Czy?

Niektóre sprawy zamknęłam głęboko w sercu. Wyrzuciłam klucz. Jest mi łatwiej, nie wiem czy lepiej.




Na ucho.
Trzymam kciuki, mocno. I cieszę się. :)
Moja Kochana W. jest w ciąży. :)) To prawie 8 tydzień! Serduszko puka w rytmie cza-cza. Tekst - pisownia- oryginalny. :> :*



Uwielbiam ten utwór. 

środa, 19 sierpnia 2015

Pamięć nie-ulotna.

Krążkujemy z bulwą. Krzyczę do M. O! Ostatni strupek odpadł! Ale szybko się zagoiło, to dopiero tydzień... Jaki tydzień?! Dwa tygodnie. Tyle zajęło skórze pełne regunerum.
Pamiątka z Hali Gąsienicowej. Całkiem zgrabna. Przypomina mi moją „baletnicę” na czole. Wymyśliłam to określenie-imię dla blizny jako 5 latka. Baletnica, to (na dzień dzisiejszy) płytka blizna długości ok. 1cm, zaczynająca się powyżej linii brwi, na środku. Blizna jest smukła, tak jak baletnica, gdy robi piruet, stoi na palcach (puentach?), wyprostowana jak struna, z rękami nad głową.
Podobnie jest z obecną blizną. Długość ok. 2cm, róż z odcieniem lila. Jezioro łabędzie. :)

Bliznę 'nabyłam' w 4 dniu pobytu w Zakopcu. Schodziliśmy z Czarnego Stawu Gąsienicowego już lekko zmęczeni. Ja, jako że ćwiczyłam w domu dużo mniej niż M., byłam lekko-bardziej zmęczona. Aparat ciążył, podobnie jak nogi, żar lał się z nieba, chwila nieuwagi i leżę. Wykonałam klęko-siad. Łzy w oczach, za chwilę rechot. Pani pomagająca mi wstać - w konsternacji. :D M. też.
Otrzepuję dłonie, kolana. Syk. Dziura w spodniach, dziura z nodze, leci krew … w głowie śpiew Żaby Moniki … dziurę masz w najnowszych spodniach. Za parę minut M. zaczyna nieudolnie śpiewać tą jedną jedyną, znaną sobie linijkę. :) Aparat obity, podrapane ręce. Mocno kulejąc schodzę do Doliny Jaworzynki.
Myślałam, że przez rozbite kolano będę uziemiona w okolicach pokój – Pardałówka I ewentualnie Krupówki. Nic bardziej mylnego. Rana zasklepiona, tylko siniaki coraz większe, ale jeszcze bez kolorów tęczy, zatem w drogę.
Po raz pierwszy weszliśmy do Doliny Roztoki, dalej Dolina Pięciu Stawów.
Boska wielka Piątka! Chyba najpiękniejsza. Myślę, że kilkaset osób, które były tam razem z nami, myślało podobnie.
Przeglądam zdjęcia, chcę wstawić 2-3. To nie to samo, ale …

Wyświechtane powiedzenie o ładowaniu akumulatorów ma dla mnie nowy, prawdziwy sens. Te wyjazd był mi, nam bardzo potrzebny. Oderwanie się od obowiązków, powtarzalności, przewidywalności. Takiej, prawie do ostatniego przecinka. Prawie.
A jaki piękny i pysznie dobry był powrót do naszego małego m. Cudowne uczucie szczęścia i przynależności.

Uwielbiam wypoczynek w górach. Ten rodzaj dobrego zmęczenia, okupiony podczas wspinaczki dudnieniem w uszach, urywanym oddechem, momentami zwątpienia … by za chwilę, gdy podnoszę oczy uśmiechnąć się, ot tak. Bo zdobyło się kolejny kawałeczek szlaku, kolejne wzgórze za nami … a to co przed nami rysuje się jeszcze lepiej.
Lubię gdy krajobraz zmienia się dynamicznie.
Myślę, że podobało by mi się w Chorwacji … albo gdzieś w Grecji. :)


Za mną wizyta u gina. Wg USG prawie wszystko wygląda bardzo dobrze. Miałam owulację, ciałko żółte o takiej i takiej wielkości (ten cykl niestety był stracony przez tabletki, które przyjmowałam … nie nie chodzi o bromka). W lewym jajniku mam torbielkę (pisownia oryginalna) o śr. 35 mm o ultrasonograficznych cechach torbielki ciałka żółtego. Podobno ma się wchłonąć.
Pytałam o bromka. Gdybym zaszła w ciążę, najprawdopodobniej będę go przyjmować, pomimo że ulotka głosi inaczej ….
Aha i wg USG nie mam lekkiego tyłozgięcia macicy – położenie pośrednie.
No i najmniej miła wiadomość. Dostałam opis, 3 zdjęcia, wszystko w ładnej, sztywnej kopercie luxmedowskiej. Pytam o receptę na broma. Za jakiś czas kończę drugie opakowanie. A pan doktor Sz. zaprasza mnie na kolejną wizytę w celu wypisania (wydrukowania) recepty. Nosz kur.a! Wstępnie umówiłam się na wizytę na 27.08, ale wolałabym by odbyła się ona już w przyszłym miesiącu...

Kończę.
Ćwiczenia czekają.

Na dobranoc. Zdjęcia ...  
Mały Staw, w głębi Wielki Staw Polski

Dolina Gąsienicowa


Czarny Staw Gąsienicowy


Od kilku dni to zdjęcie - mural to tapeta na moim kompie. Śliczny, prawda? 

Nie pamiętam skąd zapożyczyłam... źródło ...net



poniedziałek, 13 kwietnia 2015

13-04-1984

Dziś dogadzam swoim zmysłom (obiadowa uczta za mną).
Ujarzmiam zazdrosne 'chcę, muszę'.

Fajnie.

Radość sprawiło mi poranne wstawanie.
Ubranie ulubionej tuniki.
Spacer z buldożerią.
Nawet wyjście na pocztę i wysłanie - wygranej przez pana W. - allegrowego fanta.
Ale najbardziej ...życzenia. Wyszeptane, wyściskane, wycałowane, wykrzyczane, roześmiane ... Te papierowe. Te elektroniczne.
Pamiętali prawie wszyscy najbliżsi. Moi Kochani! Czekam na jeszcze jeden, dwa telefony/smsy...
Czekam.
A jeśli ich nie będzie. Trudno. Przez moment silniejszy skurcz serca i ...już.
Czekam.


Wybiórczo.

Urodzona 13 kwietnia 1984. W piątek.

Wyprzedziłam swoje majowe narodziny, by rodzić się -cytuję Mamę- 3 dni i nie móc wyjść.

Jestem nerwusem, z sercem na talerzu.

Niechętnie skreślam ludzi. Jednak. Czasem muszę. Definitywnie. Boli kurewsko, ale otrząsam się i idę dalej.

Przez 10 dni razem z M. mamy tyle samo lat. Nikomu niepotrzebna wiedza. Pielęgnuję ją i rokrocznie przypominam o tym. Nam. No i teraz. Tu.

Słucham w zasadzie wszystkiego, bo i Yellowaman'a, PJ Harvey,  Maanam, Kings of Leon, Jamala jak i przytup jakim jest Feel i ich ...jest już ciemno ... ale jeśli idzie o miłość to... Kocham Hey - Kasię Nosowską. Miłość narodziła się z wydaniem płyty (mam kasetę :)) 'Pytajnikowej', choć już wcześniej coś, gdzieś. Kocham za teksty, za muzykę, za Jej hmmm nadwrażliwość. Oraz werbelek ... Ostrego. Nie wszystkie płyty tak samo. Nie wszystkie podkłady. Ale ciągle do niego wracam, coś odkrywam ...

W urodzinowych "bardzo ładnie poproszę" jest najnowsza "Podróż zwana życiem". Ta ładna prośba to do mnie samej ;)






Wystarczy.





Zawsze lubiłam urodzinową Bartosiewicz, więc wstawiam kawałek.

"Wszystkiego czego chcesz, o czym tylko marzysz
Dzisiaj życzę ci
Wszystkiego, co już jest, o czym jeszcze nie wiesz
Byś zawsze sobą był-a."


dzisiejsze fanty :)

poniedziałek, 30 marca 2015

Esencja dzisiejszego dnia

Płaczę. Ze wzruszenia.
Płaczę i uśmiecham się.

Strumyczki oczyszczenia.
 
W pracy słuchamy sobie płytki z miksami full-romantyko alias "we dwoje". W domu postanowiłam umilić sobie wieczór obecnością Reamonna, Peter'a Gabriel'a i Kate Bush ... Coldplay.
Wpisuję na Tube kolejne utwory Coldplay'a, wróć nawet tego nie trzeba bo przecież po prawej stronie są następne i ...kolejne. Czy jakkolwiek by tego nie nazywać i co.
I przepadłam.

To ten utwór.


 


Chwycił mnie mocno w objęcia. Od paru minut zagościł w głowie, pod powiekami.

UWIELBIAM! Jest tak pozytywny!
I ten klip :D

czwartek, 12 lutego 2015

Oddycham swobodnie.



Mam duży apetyt na kolory, słowa, seks, wiosenne kanapki, na nowe, na to co przede mną. Nie liczę od kiedy do kiedy…. no tu już…. wyskakujemy z majtek.
Ooo teraz to MUSI się udać!
Jeden dla mnie, zero dla symptomów, objawów. Biorę wszystko tak jak jest.
Nie wiem ile to potrwa. Zapewne niedługo, ale cieszę się że choć na chwilę mam tą dobrze mi znaną Śliweczkę tylko dla siebie.
Swobodnie oddycham.

Pozwoliłam sobie na bieliźnianą ekstrawagancję, której nigdy nie otrzymałam w podarunku. Nawet na panieńskim. ;) Fikuśna, zmysłowa bielizna. W zasadzie bardziej jej nie ma niż jest. Do przejrzenia setki produktów, nie mnie sprzedających … Z rozcięciem, koronką, w kolorze koralowym, z falbanką…. Niesamowity wybór!
Oglądając produkty na allegro rozbawiło mnie ich ostrzeżenie- zabezpieczenie, pozory muszą być. :)
Zamówione produkty odebrałam dzisiaj. Wszystko fajne! Nie-ubranie do ubrania nie tylko w walentynki ;D Choć myśl przewodnia zakupów była (chyba) właśnie taka.

Zastanawia mnie fenomen wszelkiej maści erotycznych gadżetów, o których do zeszłego tygodnia nie miałam pojęcia, nie wspominając o zastosowaniu … ;) ‘Rajcowne’ dziwactwa które mogą zadawać ból. Gdzie w tym wszystkim seks? Radosny i spontaniczny …
OK bez analiz.
Jest popyt = jest podaż = sprzedaż kwitnie.


Mam nadzieję, że niedługo będę się mogła ‘pochwalić’ poczynionymi zmianami mojej osoby.
Szkoda, że nie będzie to dotyczyło zgubionych zbędnych kilogramów…. Grrr ;/


Dobranoc.
PS Cholernie dziwne sprawy chorobowe dłonie-stopy, w sumie kostki, łokcie też się łapią jakby ciut lepiej, ale tylko ciut.




Maniana. Tłustoczwartkowa :D
Smacznego!

faworki domowej roboty, pączysławy niestety nie





czwartek, 21 sierpnia 2014

Mozaika.

Jestem.
Stęskniona. Chłonąca kolejne posty, blogowe opowieści …

Jestem.
Już mniej smutna niż w poniedziałek, kiedy to nadal nie miałam okresu. A test okazał się tym z jednym różowo-czerwonym paseczkiem.
Płakałam za dzieckiem, którego nie ma.
Okres od wczoraj.
Kolejny cykl. Mam nadzieję, że za miesiąc nie będę się go bała. Wręcz przeciwnie, uśmiechem powitam nowe :)

Tydzień (umownie :))w pracy, nudny, długi. Po prostu nijaki. Aż do dziś.
Od września będę miała umowę o pracę na pełen etat – zamiast pół etatu + umowa o dzieło (grrrrrrr kto pozwala na takie kombinowanie?!). Hurra :D
Już dziś zaczynam łikend! Jupi!
Za chwilę zaszywam się pod kocykiem z kolejną książką w łapie i kubankiem herbaty z miodem. Kolejne optymistyczne - hurra!
Rano dzwonił ludek od frontów. Będziemy mieli nowiutkie, nieuszkodzone płyty już w przyszłym tygodniu. Niesamowicie się cieszę :D

Cieszę się również szczęściem Męża. W pracy odnajduje się b. dobrze. Załoga jest spora i zróżnicowana (wiem już, że wygląd lwa z batonika LION będzie lekko zmodyfikowany ;) po co ulepszać to co dobre …?).
Widzę po M. lekki stres (np. opryszek [oprycha] wyszedł i krzyczy - zwracając uwagę), ale również zadowolenie i chęć wykazania się :]

Uwierzyliśmy, że większe kłopoty finansowe za nami … Na serio, chcę w to wierzyć. Mam dosyć ostatniego roku. Ciągłego potykania się o minimum.

Urlop minął błyskawicznie. Wszystkie postanowienia zrealizowałam. Miniony czwartek i piątek spędziliśmy u Rodziców. Grill jest doskonały, by przy pysznym pieczystym porozmawiać, zbliżyć się do siebie. Familijność wzięła mnie w objęcia. Co prawda nie obyło się bez wkurwu. Raz po raz ojciec chrzestny (po wypiciu kilku … nastu głębszych) zaczynał ‘religijne’ wywody? tezy? rodem z ‘super ekspressu’, czy innego szmatławca, by po chwili chełpić się pieniędzmi itp. ale gaszony albo przez ciszę, albo przez zmianę tematu dawał za wygraną.
Wróciliśmy bogatsi o kilka kilogramów cukinii, pomidorów, ogórków, marchwi ……malin.
Z ‘połamanymi’ kręgosłupami – niech ktoś mi powie, czy nie najlepiej śpi się we własnym łóżeczku? – z buldożyną obrażoną na cały świat – pancie jak mogliście mi to zrobić? … zabraliście z tak wielkiego trawnika, od tego dużego wściekniętego psa, którego drażniłem, a który tak fajnie cieszył (pienił) się na mój widok – z migreną, ale i poczuciem, że dla Rodziców to wieś jest ich miejscem na ziemi.

Za chwilę zasiadam z książką.

Dobranoc.

Czy jeśli przez przypadek doda się samemu +1 w google, czy można to odwrócić ? Hę?
Pewnie nie…

wtorek, 12 sierpnia 2014

Wieści, wieści.



Dobre, a nawet bardzo dobre!
M. dostał pracę :D Na dodatek nie trzeba się przeprowadzać do Wawy, bo to filia firmy :) Jupi jeeeej, jupi jooooo ! Składając gratulacje rozpłakałam się. Od zeszłego lipca ciągle „coś”.
Więc cieszę się z dobry wieści i nieśmiało oddycham pełną piersią.

Celebracja będzie, a jakże! I to nie sokiem przecierowym z marchwi i bananów (choć właśnie to teraz piję), a …% . Miałam nie testować, a już na pewno nie o 17stej, ale … Cóż tak właśnie zrobiłam. Jedna krecha. Nie inaczej. Co by to mogło zresztą być skoro piersi bolą, a we mnie odzywa się zołza. Na dzień dzisiejszy mało humorzasta, ale z donośnym ‘A’ i płaczem na zawołanie.

Pierwszy blisko płaczkostan wywołała u mnie pani w bibliotece. Tak, tak zapisałam się.
Trochę żałuję. Biblioteka na moim starym osiedlu była świetnie zaopatrzona i co ważne – w nowości. Takie ‘top ten’ z listy emikowskiej. Tutaj skromniutko. Na dodatek pod obstrzałem spojrzeń starszej pani bibliotekarki i wolno mi było pożyczyć tylko 3 książki ;/ Mój wybór: J. Carroll „Cylinder Heidelberga”, oraz dwie pozycje pani M. Keyes „ Trzecia strona medalu”, „Czarujący mężczyzna”. Carrolla uwielbiam od ponad 15 lat, a na Keyes trafiłam przypadkiem kilka lat temu, dokładnie na lekturkę Arbuza. Pozycja lekka, smaczna, zabawna. Czytana ciągiem na serii koszmarnych wykładów …
Biblioteka prowadzi (chyba w ramach współpracy z GUSem?) statystyki, więc byłam prawie wylegitymowana z wykształcenia i wykonywanego zawodu, o ile się pracuje … Wywołało to u mnie irytację wyciskającą łzy z oczy. Bez sensu, ale to chyba PMS ? 
Pani Christie czeka w kolejce.

Przeprowadziłam też dziś dziwną rozmowę.
Idziemy z Mężem i psiutem na spacer, przy okazji wpadamy, a dokładniej M. do znajomych.
Stoję pod klatką z ziejącą z gorąca buldożyną. Podchodzi do nas dziewczynka. Najwyżej 10-letnia.
-(dziewczynka) jaki śliczny!
-(ja) mhym dziękuję :) (Zawsze mi się micha cieszy jak słyszę komplementy o bulwie)
-(dz) lubi dzieci?
-(ja) bardzo. tylko teraz czeka na pancia i niezainteresowany głaskami (głaski było, oczywiście)
-(dz) aha. Czy pani ma synka?
-(ja) ????? normalnie mnie zatkało
-(ja) na razie nie mam, ale może niedługo. Chciałabym…
-(dz) a no bo taki jeden …. No nic … w takim razie życzę pani powodzenia. Do widzenia!
-(ja) dziękuję. Do widzenia.
Po chwili z klatki wychodzi Mąż.

Jeśli Bóg istnieje ….

Dobranoc.

czwartek, 7 sierpnia 2014

Pojaśniało.



Pan doktor, tak jak i ja był przed czasem. Czekaliśmy zatem na zwolnienie gabinetu, w międzyczasie mówiąc sobie dwa razy dzień dobry :)
A nawet trzy. Trzeci raz już w gabinecie. Grzecznościom nie było końca, bo … podaliśmy sobie również dłonie – bardzo lubię ten gest!
Po obejrzeniu wyników, zostałam zaproszona na fotel. Wszystko ze mną OK. Mam lekkie tyłozgięcie macicy. Wiem. Szyjka w porządku. Wyśmienicie!
Pan doktor spytał kiedy planujemy starania … gdakając, - jakby to był co najmniej egzamin ustny z astronomii – odparłam, że jesteśmy w trakcie :D Tak od dwóch dni obrazują sprawy testy owulacyjne, oraz inne bardziej odczuwalne akcje-reakcje ;)
Pan doktor pokiwał głową i kazał się stawić na wizytę jak tylko nam się uda. Marzę, by to było choćby za 3 tygodnie …

Zalecenia.
Podwoić zażywanie folika.
Gdy ciąża będzie potwierdzona testem, mam zażywać acard 50 lub 75. Nie pamiętam by acard  miał dawkę 50mg … ale, być może się mylę.

Na grupę krwi Męża i moją, pan doktor jakoś szczególnie nie zareagował … możemy mieć konflikt. Ja 0Rh- M. 0Rh+ Ale z drugiej strony, co miał powiedzieć ? Przecież nie my pierwsi, nie ostatni …
Moje TSH, też nie budzi zastrzeżeń. 2,19. Czytałam niedawno, że przy staraniach o potomka ta wartość powinna wynosić 1,5 hmm hmm hmm Chyba tytuł naukowy ‘doktor’, u mojego doktorka nie powinien budzić u mnie wątpliwości ? ;) No pewnie, że nie!

Ogólnie, jestem zadowolona z wizyty.
Pozostaje działać i się cieszyć :D

W poniedziałek, Mąż jedzie do Warszawy na rozmowę kwalifikacyjną. Tak bardzo, bardzo chcę by dobrze mu poszło. I by pracował w zawodzie i robił to co lub, a nie musi. M. wierzę w Ciebie :*

Wczoraj reklamowaliśmy fronty szaf…tzn M. reklamował, przez telefon i przy pomocy smartfona, a dokładniej mms-ów. Ciekawe, kiedy i jaki będzie rezultat reklamacji.
Mam dość tej rogrzebki … wszędzie ciuchy, reklamówki, wiertła, śrubokręty … grrrrr

Za chwilę łysky z pepsi … jak ja lubię ten smak. Mniam! Ale wcześniej pieszczochy z buldożyną …przez moje późne powroty z pracy i brak ‘krążkowania’ (rzucamy z M. krążek, a psiut biega z nim jak w amoku), osowiał chłopak ;p

Dobranoc :)