Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Synek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Synek. Pokaż wszystkie posty

środa, 21 grudnia 2016

Siłacz.

Rok temu był Marzeniem. Jego istnienie znaczyły różowe paseczki na kolejnych testach ciążowych. A dziś … Dziś to nadal Marzenie, siedmiokilogramowe, pucate, uśmiechnięte, zajadające własne rączki, rozdające dziąsełkowe uśmiechy, chętnie leżące na brzuchu (jedynie 5 minut, ale! jednak ;)), marudne, płaczliwe, niebieskookie. Kochane. Nasze.
Maksio.



Klusek wygładził moje ostre kanty. Widzę wyraźniej. Patrzę dalej. Nie wiedziałam, że mam w sobie tyle cierpliwości i zachwytu na małymi rzeczami. Że można tak kochać. On to sprawił i dziękuję za to.
Cudownie iść na spacer z gondolą, widząc przechodzące ciężarne, inne mamy z wózkami – uśmiechnąć się, nie gotować się ze złości, zazdrości. Nie być obezwładniającym smutkiem. Tak. Byłam smutkiem. Żalem. Goryczą.


Lubię myć Maksia, wraz z Mężem i biegającym wkoło Bulwą. :) Lubię obserwować jak tata i syn, bawią się. Jak ta nić porozumienia i miłości jest coraz mocniejsza, pewniejsza, każdy dzień to pokazuje, potwierdza.






Piękna jest nasza codzienność. Czasem szara, bez uśmiechu, żółto-słoneczna, z burczącym brzuchem, niewyspana. Nieidealna, a mimo to...

mój siłacz

wtorek, 29 listopada 2016

Cząstki.

Wykradłam kilkadziesiąt minut dla siebie podczas snu Maksiunia i co robiłam? No tak, herbata była – w filiżance! :) Placek drożdżowy z masłem – połkniętych 6 kromek, a w międzyczasie bieganie do Malutka i sprawdzanie, czy smok zassany, czy syn przykryty, czy nagrany szum suszarki ma zapętlenie. Czy Maksiul w ogóle śpi?! :D Śpi. No to jazda z praniem. Kolor, biel. Szykowanie obiadu dla Bulwy, przygotowywanie wszystkiego do naszego obiadu. Uff jak dobrze, że M. gotuje. :) Tak, tak, mój Mąż gotuje obiady od blisko 3miesięcy. Mnie się zdarzyło kilkakrotnie. Rekompensuję to wypiekami.

OK wszystko zrobione, no to siadam do neta. Dziś dzień darmowej dostawy, więc w ruch poszło zamówienie dla Maksia – skusiłam się na długoszyję Sophie, dla siebie na koszulkę z PTNS (gorrrąco polecam ich produkty, są niezniszczalne), apteka internetowa, M. nic nie chciał. Ale pomysł na prezent jest. Realizacja – niebawem. Dla Rodziców i brata pomysły na prezenty – obmyślone. Gorzej jest u mnie z pomysłami co dla teściów i szwagierek...
Czas stop.
Karmienie.
Nadal karmię piersią. Wieczorami dokarmiamy butelką. Najczęściej 40-70 ml Przywykłam. Nie rozpaczam, nie złoszczę się, nie obwiniam się (już) co-ze-mnie-za-matka. :) Najlepsza jaką mógłby mieć mój synek. :)
Maksio coraz bardziej kumaty, ale czegoś takiego jak rytm dnia do tej pory nie istnieje.

Po 5 tygodniu życia zaczął się bardziej świadomie uśmiechać. Teraz oddaje bezgłośne uśmiechy całym sobą. :) Cudny jest! Z tym dołeczkiem w lewym policzku odziedziczonym po M.
Od 7-8 t.ż. zaczął ssać swoje rączki, czasem próbuje włożyć dwie piąstki naraz. Od 8 tygodnia głuży. No gada jak najęty! Szczególnie do swoich 'przyjaciółek literek-cyferek', które przykleiłam pod półeczką nad przewijakiem, po wcześniejszym wydrukowaniu ich przez M. Kłótnie i śmiechy na zmianę.
Od kilku dni wyciąga rączki do żabki, gryzako-grzechotki.

Jesteśmy po pierwszych szczepieniach. Nasz wybór padł na szczepionki 5w1 oraz RotaTeq, przeciw rota wirusom. Poczytałam, posłuchałam, uważam, że to był dobry wybór. Obyło się (a tfy!) bez większych nerwów związanych z NOPem.
Gorszym pomysłem było spotkanie się dzień, po dniu w większym gronie ze znajomymi. Maks odchorowywał te spotkania przez 3 dni. Dopiero dziś jest fajnie.
Koszmar dla niego i w sumie dla nas. Najbardziej wkurzające było to, że pomimo próśb – jeśli wasza mała (2,5) jest przeziębiona/chora (kaszląca itp.) to proszę nie przychodźcie. No i przyszli. Z kaszlącą O. Wkurwiłam się, a jednak nic nie powiedziałam. Źle. Następnym razem zareaguję, a może raczej napiszę tak – oby nie było takiej potrzeby.
Synek W., malutki M. niesamowicie pozytywnie zareagował na naszego Maksiunia. Wciągał do niego rączki, głaskał go, ciągle wodził wzrokiem, rozdawał w jego kierunku uśmiechy. I tylko serce się ściska, że prawdopodobnie chłopcy nie będą się zbyt dobrze znać, bo pomimo iż W. oraz jej B. kupili mieszkanie w naszym mieście, to B. za chwilę wyjeżdża za granicę, a Przyjaciółka wraz z synkiem mają dolecieć do niego w ciągu najbliższego półrocza. :(

Wczoraj minęło 12 tygodni Maksia po tej stronie brzucha, a dzisiaj mija jego symboliczne 12 miesięcy. Czas już nie płynie, on pędzi!

W najbliższą sobotę robimy sobie rozkosz dla oczu. Jedziemy we trójkę po choinkę. Kto nam zabroni? :D Zrobię też próbę ciast na święta. Cieszę się na nie. Na zupełnie nowe Święta. Nasze pierwsze, wspólne. Bosko!

Miałam tyle do napisania. Miło być składnie...:)
Jest tak jak w naszym mieszkaniu. Trochę posprzątane, część rzeczy upchnięta, niedopowiedziana za zmęczenia. Wypełniona Maksem.

poniedziałek, 12 września 2016

Maksiu 5/09/2016

Witajcie!

Maksiu przyszedł na świat 5 września o godzinie 21.55 56cm 4000g

Kocham Go mocno. Mocno
Ciągle mnie rozczula.

Właśnie cichutko posapuje w łóżeczku.
Cuda się zdarzają!

Dopiero dziś wyszliśmy ze szpitala. Od drugiej doby życia, do wczoraj/dziś do godziny 0.00 Maksiuń otrzymywał 2 razy dziennie antybiotyk (crp 57,1). Straszny czas.
Rodziłam 16 godzin. Siłami natury, ostatecznie poród nie postępował (rozwarcie na 10cm, bóle parte 1,5 godziny) i zadecydowano o cesarskim cięciu. I dobrze. Przez sączące się wody i mój gbs zrobiło się nieciekawie.
Mocno odczułam pobyt w szpitalu. Szczególnie, że odwiedzin jako takich nie było. Ale to już zamknięty rozdział.
Zaczął się nowy. Piękny.
Zaprosił nas do niego Nasz Synek.

synek



piątek, 3 czerwca 2016

Sąsiedzkie gadu-gadu i nie tylko.

Od kiedy brzuch zaczął być widoczny, a może raczej od kiedy ja w końcu na znak solidarności z wiosną ściągnęłam z siebie płaszcz, kurtkę, ubierając zarazem coś lżejszego … kardigan, bokserki, tuniki zaczęła się sąsiedzka-dog-łokerowa (jednak nie wszyscy sąsiedzi mają psy, a z racji posiadania psiuta jakieś relacje-znajomości zostały przez te 4 lata nawiązane ;)) bliższa relacja. ;) Zwierzenia, zapytania. Oooo gratuluję, ooo a czemu nic nie mówiłaś, a kto tam mieszka?, oo powitać nowego lokatora, itd. Jest to bardzo miłe. Trochę gorsze, gdy po tytule wstępu zaczynają się teksty. „A mojego brata córka to poroniła, tak tak, to już był 4 miesiąc, a teraz znowu jest w ciąży. Dziewczynka będzie. Termin ma na początek czerwca. Zapracowana była dziewczyna – jest psychologiem – nie, nie tylko w przychodni, w szkole również pracuje … aż do P. dojeżdżała...”, „A wiesz Śliweczko, moja córka trzy razy poroniła. Porozmawiałem z moją przyjaciółką – ordynator szpitala SPSK nr … i mówi do mnie przyjedź z nią Wojtek, będzie u mnie leżeć całą ciąże. Będzie dziecko. No i jest. :D Wnuk,kończy 17 lat ...”, „Oooo będzie dzidziuś. Mhym kiwam głową z uśmiechem, nie bardzo zdarzę coś wtrącić, gdy znaczna się … Długo czekaliście, długo. Ale....” I tak mniej więcej. Acha i jeszcze „dobrze, że syn, bo chłopcy, faceci mają lżej w życiu”, oraz „O to mąż na pewno dumny, bo syn”. Kurnia, nie kumam przeplatanek słownych. Od życia do poronienia. Na dodatek kogoś, gdzieś. Smutno mi się trochę zrobiło, że ktoś tak szczegółowo pamięta kiedy braliśmy ślub i - zapewne - domyśla sobie resztę dlaczego, jak... Ale pewnie tak jest zawsze, w sumie czasem i ja się zastanawiam nad kolejami czyjegoś życia, ale to są znajomi, a nie sąsiadki, lub dog-łokerowa znajoma. Maksiu, mama Cię kocha i uwielbia, ale bronić dziewczynki chciałam i musiałam. W końcu jestem kobietą. ;) Nie wiem czy łatwiej, lepiej być mężczyzną. Nie chciałabym z nic dowiedzieć się jak to jest, bo nie poczułabym Ciebie, a wraz z Tobą tej gamy uczuć. Tego CUDU, jakim jesteś.

Jeszcze inne zestawy pytań są na topie. „Mały daje ci powalić?”, „Bardzo kopie...prawda?” Cholera, nie nie daje powalić, bo Maks jest nad wyraz 'wyrozumiały'. Leniuszek. Ale czy te pytania nie prowadzą do innych pytań we mnie? Jasne, że tak. Stresuję się później, że może powinno być inaczej … Głos rozsądku, w postaci przetrawienia tematu oraz w osobie M. (dziękuję :*) mówi, że wszystko jest OK, a każde dziecko jest inne.
Jednak jest jedna sprawa, która powraca. Nie inaczej jak codziennie … Maks czasami robi coś takiego jak pies, który otrząsa się z wody. Googlałam. Inne przyszłe mamy też o tym pisały, także trochę spokojności. Ja na ostatniej wizycie zapomniałam spytać o to Doktora Sz., podobnie jak wpływ oprycha na ustach, na dziecko.

Z powszedniości … Maksiowy kącik wygląda już nieciekawie. ;/ M. przeniósł tam 'na chwilę' swoje biurko i ściana zaciapana czekoladą (jak, jak?! się pytam), truchło komara rozsmarowane …. Na szczęście zostało sporo farby po malowaniu, więc wszystkiemu da się zaradzić.
Przybywa ubranek. Dziś prócz szczypiorku, koperku, truskawek – mniam! Dostałam od Rodzicielki kolejne body, pajace i czapulkę. :D Piękności właśnie się suszą, a ja kolejne układam i przekładam. Wystawiałam kilka rzeczy na allegro, resztę oddaję, wyrzucam. Wicie gniazda trwa. :)



Nie pochwaliłam się cudowną nowiną. Moja Przyjaciółka W. urodziła Synka. M. jest zdrowym, przekochanym i ślicznym chłopcem. :* Na dodatek wracają na stałe do Lublina. Jupi!!! Kończą się kilku-godzinne pogaduszki przez telefon, będą spotkania na żywo. ;)


Jutro targi dziecięce - http://baby-days.pl/aktualnosci Wraz z M. wybieram się na to wydarzenie, nie bardzo wiedząc czego się spodziewać, bo impreza niby dla rodziców i dzieci... Najchętniej pooglądalibyśmy wózki, wyprawki, ogólnie asortyment okołodzieciowy ...Mam nadzieję, że się nie zawiedziemy.
Również jutro po raz kolejny sprawdza przeciwciała we krwi, a za tydzień szczepionka. Dziś pytałam o jej cenę. Pani dzwoniłam do 3, albo 4 hurtowni i jest problem ...bo szczepionki brak (najbliższa dostawa w lipcu), ale wzięła ode mnie mnie kontakt i będzie oddzwaniać, jeśli tylko się czegoś dowie.
W niedzielę spotkanie z D. :) Cieszę się na nie bardzo, bo widziałyśmy się ostatnio 1,5 miesiąca temu, a przecież w międzyczasie coś tam się u nas zadziało.

Za chwilę zabieram się przygotowywania składników na kaszotto. Po raz pierwszy w tym roku! Botwinka! Kasza pęczak! Mniam!


Udanego piątku, dobrego łikendu!

środa, 18 maja 2016

Wiję gniazdo.

Co u nas?
Dzieje się wiele, a zarazem mam wrażenie, że odkąd nie pracuję, to w zasadzie czas jakby stanął w miejscu. Dni zlewają się w jeden dzień.
Ale, dzieje się! Rośniemy. :) Brzuch (choć jak zwykle twierdzę, że owszem, ale chyba zbyt wolno, dopiero porównanie cotygodniowych zdjęć daje oczom obraz zgoła odmienny), a skoro brzuch to i Maksiuń w brzuchu. Chłopak delikatnie się ze mną obchodzi (co również doprowadza mnie do stanów nazwijmy to lekko-lękowych), kopiąc leciutko, choć dość regularnie. Uwielbiam naszą zabawę sygnałów. Ja puknięcie, on odpowiada, ja głaszczę brzuchol, on zawzięcie odpowiada serią kopnięć. Pięknie jest. To ten wyśniony sen. Tylko, że to jawa. :) Przyszły tato, czasem ma okazję przekonać się, że w brzuchu naprawdę jest lokator. On. Gdy po powrocie z pracy, Maż pyta, co u mnie, co u Maksiuli, głaszcze brzuchalsona. To ...to moje serce i rozum miękną i poddaję się fali ciepła. I takiego rozczulającego dobra.

Wicie gniazda to nie mit.
Już pod koniec lutego chciałam wyrzucać, przestawiać, stroić, kupować, malować...
Wstrzymywałam się. W sumie do tej pory staram się nie przeginać.
Luty. Pomyślałam sobie, że może warto zrobić w biblioteczce przegląd książek, atlasów i coś sprzedać, oddać. OK. Jak pomyślałam,tak postanowiłam. W czyn zamieniłam. Pościągałam książki, poprzeglądałam jak wygląda środek, czy nie ma przypadkiem „w nagrodę dla... za ociągnięcia...”. Było, niewiele, ale jednak. Opisałam, porobiłam fotki, wysłałam zapytanie do antykwariatu. Na odzew musiałam poczekać kilka dni … tak ale … nie to i tamto … Z blisko 150 pozycji, pan właściciel wybrał raptem kilkadziesiąt (chyba ok 30). Cóż. Co zrobić z resztą? Może zanieść do biblioteki? Bo wyrzucić pod śmietnik - noł łej! To już lepiej nich się kurzą na półkach.
Tak, warto spytać. Spytałam, ale dopiero pod koniec kwietnia. :o Panie zainteresowane, ale co to dokładnie …? Aha, klasyka, no to jak najbardziej. Jeśli książki będą się dublować u nich, przekażą innej bibliotece, a jeśli i tam jest nadmiar to tomiszcza wyjadą na Ukrainę. Super!!
Nosiłam te książki ...ekhę przez dłuższy czas. Kilka kursów, po kilka-naście knig. Uff czasami byłam zła na siebie i nadmiar „załadunku”, ale M. nie bardzo mógł mi pomóc, bo pracuje w godzinach otwarcia biblioteki. Ostatecznie to właśnie dziś M. pojechał z ostatnimi książkami. :) Yeah!
A w ubiegłą sobotę, wreszcie, po prośbach od lutego (tak, wiem każdemu należy się odpoczynek po tygodniu pracy ;))! tak, tak! od lutego, M. wraz ze mną pojechał do antykwariatu i sprzedaliśmy knigi. Komodziak, bo składowisko książek rozbiło swój obóz w małym pokoju, odetchnął od ciężaru, a pan antykwariusz wspomógł Maksiulową skarbonkę o 80zł. :D

Jeszcze w marcu wypatrzyłam na swoim osiedlu tanią odzież, która była hmm nie tyle ciucholandem co magazynem wszelakich dóbr sprowadzonych z Wysp Brytyjskich. Są tu wózki dziecięce i kieliszki i magnesy na lodówkę i widokówki i … i wiele wiele równości.
Wypatrzyłam zieloną lampkę. Kręciłam się koło niej, rzucając powłóczyste (mhym do lampki!) spojrzenia. Ale, lampek już trochę w domu mamy... Zarzuciłam temat.
Po urodzinach stwierdziłam, że phi! Lampek nigdy dość, a ja mogę zrobić sobie po-urodzinowy prezent (najczęściej robię prezenty dla siebie - do domu :o). No i lampka przecież nie dla mnie, tylko do pokoiku Maksa.
M. miał wolny dzień, ja poszłam po małe zakupy, przy okazji wstąpiłam do przybytku dóbr wszelakich. Kupiłam zieloną lampkę z zielonym abażurem, wcześniej przygotowując się do sprawdzenia cudu już w sklepie, zabierając z domu adapter oraz żarówkę. :D Jakieś było moje zdziwienie, gdy 'polska żarówka' okazała się być 'be', a adapter pani sprzedawczyni miała przygotowany pod ladą. Nowa żarówka kosztowała grosze, na szczęście.
Wracam do domu. Zachwycona niosę swój łup. Wchodzę. M. oczy na mnie, na lampkę. Po co nam kolejna lampka, mamy już 4, no i jeszcze są lampy sufitowe … Mi coraz mniej miło i co …? Zalewam się łzami. To lampka do pokoju, dla Małego (taa ja wiem, ze noworodki najbardziej zwracają uwagę na lampki, kolor ścian i żyrafkę Sofi ;)) i to wielka przyjemność dla mnie, bo ja kocham zielony i ...szloch. M. kręci głową, uśmiecha się, przytula i stwierdza pomnożony syndrom wicia gniazda. Na koniec mówi, że lampka ładna i fajnie będzie wyglądać na komodzie. A nie mówiłam!:)
Od kwietnia powolutku kompletujemy wyprawkę dla Maksa. Rozstrzał ubrankowy olbrzymi! A wszystkiemu winne są zakupy w ciucholandzie. Wraz z Mamą (bardziej to przyszła babcia niż ja) zwariowałyśmy na punkcie cudnych, maleńkich ciuszków za grosze. Serio, mamy tanioszkę, gdzie w poniedziałek wszystko jest za 1zł. :) Dlatego też Maks ma już sporo ubranek na 6m.ż., baaa nawet na roczek! Są ogrodniczki, bluzy, bluzeczki, rampersy, pajace, śpioszki i body. Przyszła Babcia tak się wczuła, że kupiła body w różowe króliki. I do tej pory udaje, że tam różu prawie nie ma. :) Kiedyś może pokażę fotkę, już na naszym Chłopczyku...

Ten miesiąc to sprzedaż książek oraz … remontowo! Hurra!
W minioną sobotę pojechaliśmy do obi i kupiliśmy standardowo już białą farbę, narzędzia oraz farbę brzmiącą co najmniej głupawo, za to kolorystycznie wyglądającą cudnie. Będzie „fińska sauna”, na jednej ścianie w pokoju Maksiula (choć bardziej mogę nazwać ten pokój sypialnią i kącikiem dziecka) oraz na 1 ścianie w dużym pokoju, za wspomnianą biblioteczką. Jupi jupi jupi! Przestawianie tych nielicznych mebli, które mamy, odkładamy na koniec czerwca, wtedy też zamawiamy łóżeczko...
Na czas malowania wyjeżdżam na wieś, do Rodziców. Czyli od jutra ja i buldożeks jedziemy na wywczasy. ;) Już widzę to szaleństwo z radości – wolności naszego grubaska!

We wtorek wizyta u Doktorka. A w pierwszych tygodniach czerwca usg 3/4D. M., kiedyś przeciwnik usg (że szkodzi, że to tamto), głośno odlicza dni do wizyty.
Jutro test glukozy, toxo, mocz z osadem, plus moje widzimisię - morfologia.



Powoli przygotowujemy się. Na ten czas są to przygotowania czysto 'mechaniczne', ale bardzo się z nich cieszę.
W serduchu też wiję gniazdo. Mnóstwo dobra mnie otacza, staram się przekazać je także Jemu.

Dobranoc.

środa, 13 kwietnia 2016

Najlepszy prezent urodzinowy :)

Jestem fochmistrzem. Posada objęta przez mnie jest pewna, na szczęście nie na pełen etat. Niestety, nie ogranicza się do mitycznych poniedziałków, ani wtorkowych popołudni. Walczę sama z sobą. Z różnym skutkiem... M. wybacza, bo humory, łzy i nerwy składa na karb ciąży. Niepotrzebnie. Kochany, nie wybielaj i nie cukruj mnie. O! Dziecko daje lekkie smyrki w brzuch, by podkreślić, że piszę fair.
Nie chcę męczyć swoją pisaniną co poszło nie tak i dlaczego. Pesymista nie musi mieć powodu. Ale każdy jest dobry.

Co się zadziało od połowy poprzedniego miesiąca....
Dla porządku,by nie zgubić w mrokach nie-pamięci.
Pierwsze zdziwienie,co tak cudnie łaskocze mnie w brzuchu, to moment pierwszego, świadomego oooo! Łooo! I wyczucia smyrania TEGO RYBIEGO OGONKA to wieczór 21 marca (tydzień wcześniej czułam jakby w brzuchu biło mi serce, w każdym razie tylko do tego potrafię porównać uczucie bardziej świadomej obecności), M. był wtedy na pracowym jajeczku, więc nie było możliwości podzielenia się z nim tym zupełnie nowym przeżyciem, odkryciem. Od tego momentu mówiłam o „dyskotece rybiego ogonka” :) Tańce trwały tydzień, trochę dłużej i wszystko ucichło. Boże, gdyby nie detektor tętna chyba bym dostała najprawdziwszego zawału! Ale serudnio uspokajało. Jestem, jestem, jestem.
Od początków kwietnia czuję delikatne pukanie, czasami jakby tupanie w miejscu (o! dobra byłabym w dawaniu przykładu na zezłoszczenie...). Chyba najlepiej - jak można oddać to w słowach – opisała to W. Jedziesz w autobusie, masz miejsce siedzące, ktoś siada za tobą i kopnie w twoje siedzenie. Coś takiego. No coś na kształt. Tylko na te kopnięcia czekam z utęsknieniem i nie mam chęci odwrócić się i krzyknąć „Hej, przestaniesz?” :)

Wczorajsza wizyta u Doktorka przebiegła prawie bezstresowo (szczególnie jak Doktor „znalazł” drugą nerkę u Malucha).
Nie chcemy poznać płci ...(Taaaa, jasne.)
A chcecie? :) Pan, też chce? No to kogo widzicie?
Ja - córeczkę?, M. papuguje po mnie...
Nooo nie, dziewczynki to ja tu nie widzę. :) O, ptaszek jest, o tu. Będzie chłopiec.

Synek. :)
Maks. Maksymilian.

Wszystkie wyniki w normie. Pomierzone obwody, brzuszka, główki i inne parametry. Maksiul miał ciągle rączkę przy buzi i z tej okazji Doktor puknął Go sondą? do usg i w try mig Syn zabrał rączkę i trach zdjęcie, by zmierzyć kość nosową. To było zaskakujące. Na ten czas łożysko na tylnej ścianie, położenie miednicowe. Wiadomo, dzieci ciągle frygają w wodach płodowych, więc to raczej żadna przesłanka na przyszłość.
Dziwnie jest wiedzieć. Szczególnie jeśli o nim myślałam jako o niej. :) Wszyscy mówili, że to będzie ON. Ja jako jedyna nie. Dziwnie nie mieć hmmm matczynej świadomości? Jakoś mnie to lekko ubodło. Ja wiem, są większe problemy. A jednak miotam się z tym drugi dzień.
I choć dzisiejszy dzień, dzień moich urodzin miał być tym pięknym i beztroskim, zrobił się dniem chmurności i łez. Ale tylko pomiędzy M. i mną. Bo każdy ślad pamięci o mnie powodował uśmiech i radochę. Fochmistrz na przerwie śniadaniowej, obiadowej. I niech tak/tam już zostanie.

Dużo rad dla siebie samej. W chwili złości to tylko ble, bla, blu... i nic nie da mi się powiedzieć. Czemu nie potrafię, nie chcę się zmienić? Nie chcę przekazywać Synowi najgorszych wzorców. Jak to zmienić? Jak być lepszą? Znowu pytania o to samo.
Dobrze, że M. jest cierpliwy, stanowczy i kochający mnie. :) Na prawdę, gdyby zamienić nas osobowościami, to ja z takim kołtuństwem jakie czasem kipi mi pod kopułką i jaki pazur wystawiam - nie wytrzymałabym z taką osobą.
Za chwilę wychodzimy z Buldożyną na ostatnie promyki słońca. Wietrzę głowę i wyciągam dłoń z przeprosinami. Za dziś, za wczoraj.


 
Moja Myszula (Fochmistrz ;)) od W. (OK, pewnie ostatecznie będzie Synkowa, by trafić w buldozią paszczę).
Karteczki od W. i A. :) Kochane!


fochmistrz ;)
Dziękuję :*