sobota, 3 listopada 2018

Sobota.

Ten łikend jest prawdopodobnie ostatnim, który spędzamy we troje, plus osobistość w postaci Bulwozaura.
Jest pięknie, ciepło, spokojnie, choć od godziny mgliście.

Jestem podekscytowana.
Jaka Ona będzie, jak zareaguje Maksiuń.

Czekamy.
Wieczorem, w końcu! spakuję torbę do szpitala, choć wszystkie rzeczy czekają od tygodni, albo przynajmniej od tygodnia. W łazience, komodzie, szafie, w szufladzie pod łóżeczkiem. To niespakowanie to czarowanie chwili. Bo jak spakuję, to może już... a to przecież za wcześnie.




Do szpitala mam się wstawić na czczo, w poniedziałek 5.11, tak na serio nie wiem czy czeka mnie indukcja porodu, czy cc "na zimno". Nie mam skierowania, mam słowa dr Sz.

Tymczasem, w końcu zabieram się za lekturę "Bliźnięta z lodu", patrzę na przedostatnią, spokojną drzemkę synka. Oglądam falujący brzuch i cieszę się na spotkanie z córeczką.



sobota, 23 czerwca 2018

Czekamy na córeczkę

Chwilo trwaj!

Od czwartku wiemy, że brzuszkowy świat opływa nasza córeczka. Maksiuń będzie starszym bratem dla siostry i ... nadal w to nie dowierzam. To jak kolejne życzenie, pomyślane przy zdmuchiwanych świeczkach na urodzinowym torcie, które ma się spełnić. Dziecko. <3
Inny świat dla męża, inny dla mnie, bo z perspektywy bycia mamą dziewczynki. Wszystko będzie inne, a przecież podobne.
Ta ciąża kilka razy przestraszyła mnie. Ale nie mam czasu na strach, rozmyślanie. Nie przy żywiołowym, pełnym kolejnych pomysłów prawie dwulatku. :) Maksiko jest szalony w swej radości, zabawny, chłopięcy, spontaniczny, choć chyba to dotyczy każdego dziecka.... Kochający i kochany. Cudny jest.
Jejuu gdy urodzi się malutka I., Maksiol będzie dwulatkiem w stażu dwumiesięcznym i ...już czekam na jego kolejne umiejętności i samodzielności.




Mieszkanie nam się kurczy.
Wiesz, zastanawiamy się nad zmianą. Ale czy to będzie za rok, czy za kilka lat to temat ciągle żywy i ... zmienny. Będzie nas 4 do końca tego roku + osobistość w postaci Bulwozaura, a wszystko to na 32 metrach. I rzeczy przybywa, pomimo sprzedaży, i rozdawajki i jakby czasem oddechu brak. A z drugiej strony. Nie w takiej ciasnocie, warunkach ludzie żyją. Wtedy w myślach, choć też coraz częściej na głos protestuję i mówię, czy ja jestem "ludzie"? Nie chcę i nie muszę mieć tego, co ktoś.
W tym roku, odpuszczamy temat. Więcej nerwowości niż jest to konieczne - nie potrzebujemy. Czekamy na nasz Cud. <3

piątek, 12 stycznia 2018

Dobry wieczór, 2018

Bezsens rozdrabniania.
Opiszę fakty.

Wróciłam do pracy na półtora miesiąca. Nie było źle, ale nie było też rewelacji. Kusiło podreperowanie budżetu (dość poważnie zajęłam się przygotowaniem się do kolejnej ciąży), choćby w skali mikro. Miałam od stycznia pracować w innym miejscu, robić podobne rzeczy, ale w lepszych godzinach. Nie wyszło. Trudno. Mam umowę do 31 maja 2018, więc albo 1 czerwca przyniosę zwolnienie ciążowe, albo pójdę do urzędu, zarejestrować się jako osoba bezrobotna, ponieważ jestem na urlopie wychowawczym. :) A po nim, nikt nie przewiduje by zatrudnić mnie i dać umowę na czas nieokreślony. Ha! Co to znaczy w tych czasach? U prywatnego przedsiębiorcy?

Jestem ciut wstawiona. Nie piłam alkoholu od 25 miesięcy. Nie smakuje mi zbytnio, pomimo uwielbianej przeze mnie słodyczy, zaromatyzowanej wanilią i colą oraz odpowiedniej temperatury. A nawet oprawy. :) Wypiłam dwa drinki i wystarczy. I to na długo.

Maksio skończył 5 stycznia 16 miesięcy.
To niesamowicie pogodny, wręcz mega promyśkowy chłopczyk. Wszędzie go pełno. Śmiga na biegówko-hulajnodze, wspina się spacerówkę, w której zasiada, warzy kaszkę czy to ze mną, czy z babcią ;) rozdaje całusy, przytulasy, kocha dzieci! Od niedawna lubi oglądać ilustracje w książeczkach, nie przepada za czytaniem ich na głos. Może kiedyś nastąpi na tym polu zmiana...

Od 4 stycznia, synek nie pije mojego mleka. Zmiana nie nastąpiła drastycznie. Od kiedy w połowie listopada wróciłam do pracy, gdzie jeszcze jako nieopierzona, choć z ponad 12sto miesięcznym stażem mama, zgodziłam się by kilka razy pracować 12ście godzin. Maksiuń musiał przez te długie godziny niewidzenia się ze mną, obyć się również bez mleka. Przywykł.
Od grudnia, postanowiłam, na co miałam podpórkę dzięki szwagierce i tej linie http://www.prawo.egospodarka.pl/56848,Praca-w-systemie-rownowaznym-a-karmienie-piersia,1,34,3.html nie godzić się na pracę dłuższą niż 7 godzin. Szefowa, bez problemu uznała zasadność mojej prośby, choć już kierowniczka pod koniec grudnia, powątpiewała. Wrrr
Tym sposobem, po przestawieniu, od 8 grudnia, synek cyckał już tylko w godzinach wieczornych i w nocy.
W połowie grudnia, po ponad roku nieobecności w gabinecie, u doktora Sz., postanowiłam się przypomnieć. Porozmawiać.
Zlecone badania to toxo, cytomegalia i P/c. p. beta-2-glikoproteinie I w kl. IgG met. ELISA w klasie igg oraz igm Aha i wcześniej zrobiłam badania na TSH, FT3, FT4, prolaktyna. Wszystkie powyższe, o ile dobrze zrozumiałam - sczytałam wyniki - w normie. Jedynie prolaktyna biła rekordy. I stanęła na podium, deklasując wszystko. Ale wtedy karmiłam piersią, systematycznie.
Kolejne badanie prolaktyny zrobię w najbliższy poniedziałek. We czwartek 18,01 mam umówioną wizytę, jeśli prolaktyna nadal będzie mocno podwyższona, poproszę o receptę na bromergon.
Z innych spraw. Systematycznie odwiedzałam stomatologa. Niesystematycznie ćwiczyłam, by w końcu na miesiąc prze świętami zarzucić to w ogóle. I źle mi z tym, bo sadełko jest znaczne, a przy zaprzestaniu karmienia piersią wierzę, że wielokilogramowa ocieplina brzuszna zacznie przyrastać, oby nie w postępie geometrycznym! :P
Od dwóch miesięcy chodzę regularnie do biblioteki. Niesamowicie to lubię. Nawet być nazywaną per "kochana". Bardzo żałuję, że zamiast na podyplomówkę 'biblio' poszłam na pedagogikę. ;/

Co jeszcze?
Sporo tego.
Ale dla Ciebie to wszystko okruchy... mało istotne rzeczy. Sprawy. Ale dla nas to budowanie wszechświata dla tego skrzata, który śpi za ścianą.

Mam nadzieję, że pisanie będzie moją regulacją zdarzeń.

Dobranoc.

wtorek, 5 września 2017

Synku, sto lat!


Myślę, o tym deszczowym dniu sprzed roku. O niepewności, czekaniu. O miłości, czułości i łzach.
Złości, nerwach.

Zmieniło się wszystko. To co było przed Tobą, nie zamieniłabym za nic. Było potrzebne zarówno mnie, jak i naszej rodzinie. To co jest dzięki Tobie... Dopełniło nas. To 100% miłości, pomnożone przez sto... sto...

Uczę się Ciebie i siebie. Po jednym słowie. Obracam je. Wracam. Po jednym zdaniu.
Uczysz mnie. Muszę częściej wyciągać wnioski. Starać się bardziej. Postaram się, przecież mam wolną wolę, więc mogę. Chcę.

Uwielbiam Twoje dziecięce ciałko wtulone we mnie. Wyciągnięte rączki. Uśmiech. Śmiech. Pierwsze układanie klocków. Zaciekawienie i chwila bezruchu przy kizi-mizi. Nawet Twój płacz. Bo jesteś.
Kocham Cię. Jesteś.


Maksio drzemie, Bulwa drzemie. Czekam na M. Dziś dzień tylko dla naszej czwórki. Z balonami, torcikiem i wesołym śmiechem, krzykami z kanapy i dywanu.

Życie jest piękne. Postaram się pamiętać o tym codziennie.




sobota, 19 sierpnia 2017

Inny etap.

Zbyt dużo słów w moi otoczeniu. Zalewają mnie niepotrzebnymi informacjami, emocjami. Zbyt wiele paplania o niczym. Odwykłam. Być może za bardzo. Nie wiem. Jak mam to ocenić?
Co, kto, jak, z kim? Będąc wczoraj na pierwszej kawie od x-czasu z dziewczynami, bez Maksia, nie bardzo interesowały mnie te wszystkie nowości, zmiany. Przytakiwałam, śmiałam się, zagadywałam, ale lewa dłoń co chwilę muskała telefon. Co u chłopaków? Jak sobie radzą?

Mimo, że D. (nie to, nie moja D., z którą kontakt mam niestety sporadyczny) jest w ciąży, remontuje górę domu, a M. podbija Szkocję to … ich opowieści nużyły mnie. Sama raczyłam je garścią informacji, głównie słuchając. Wracając do domu, po paru godzinach czułam wielką radochę na spotkanie z M., z synkiem. Nieprecyzyjnie wyraziłam się pisząc o niechęci do pogadułek. Z W. jest inaczej, mówimy sobie wszystko. Z nią rozmów nigdy nie mam dość. OK, bardzo rzadko wymiękam, szczególnie jeśli przesadzimy, aż ucho boli. Tak więc, wracając w słońcu i kurzu nagrzanego miasta, prócz telefonu do M., zadzwoniłam również do W. i …. głos zadrżał i kilka łez poleciało z tęsknoty do syna i z żalu nad moją aspełecznością. W., pocieszyła, że też tak ma i że cieszy się z urlopu wychowawczego i po raz pierwszy usłyszałam z jej ust słowa zachęty odnośnie starań o rodzeństwo dla Maksia. A podsumowaniem spotkania było – inny etap w życiu.
Będąc w domu, czekałam na chłopaków powoli wracających ze spaceru, drzemki. I na przywitanie co otrzymałam?, wymówkę w postaci niewyraźnej minki i odwrócenie buzi. No cóż, chwilę mnie nie było. Ale za moment były radosne piski i tańce. Kocham być mamą. Jego mamą :)

Lubię ludzi. Ale już rozmów o niczym nie. Męczy mnie branie czyjejś strony, srogie i zdecydowane „tak” lub „nie”, z którym kiedyś nie miałam problemu. By szafować nimi. Lubienie, nielubienie. Macierzyństwo uczy mnie pokory, wyciszenia (tak, pomimo ciągłych awanturek, krzyków, śmiechów, płaczu, dziecinnego szczebiotu), tego, że, co syn zobaczy u mnie, u nas, zapamięta, poda dalej.
Z coraz większym sercem podchodzę do tego co ma do zaoferowania teściowa. Staram odwdzięczyć się tym samym. Widzę i czuję, że ona nigdy nie chciała być natrętna, roszczeniowa. Po prostu czekała na malutka, tak jak my. Lubię ją. I cieszę się, że gdy pójdę od listopada do pracy, ona, wraz z moją Mamą zajmą się opieką i w jakimś sensie wychowaniem Maksia.

Tak, wracam do pracy. Tej samej. Nie skaczę z radości z tego powodu, ale mamy marzenie o większej rodzinie niż 2+1+pies ;) I to w dość bliskiej przyszłości, także zmiana pracy na „docelową”, dającą mega-radochę to w tej chwili byłoby nieporozumienie. Wiem, brzmi to jak kalkulacja. Jeśli po moim powrocie, warunki pracy nie będą satysfakcjonujące, odejdę. Na ten czas mówię – witaj listopadzie, obyś był słodki.

Za blisko 2 tygodnie Maksio kończy rok. Rok! Synku, jesteś taki duży. Choć, taki maleńki. Pachnący miłością, niewinnością. Mój rozdający piękne uśmiechy synek za chwilę przestanie być niemowlakiem. Niesamowicie cieszę się na kolejne miesiące, na to co jest do odkrycia, wraz z dzieckiem.

piątek, 16 czerwca 2017

Gdy synek śpi...

Zaczynam. Kasuję. Filtruję. Zmieniam.
Te kilkadziesiąt zdań to i tak niewiele, ale odkąd nie mogę na spokojnie przemyśleć tego, co chcę zawrzeć w zdaniu, w tej krótkiej relacji dla Ciebie to odchodzi mi ochota na dzielenie się czymkolwiek. Wychodzi zlepek suchych faktów. Relacje "po".


Jestem szczęśliwa, ale zmęczona.
Rutyna, o której kiedyś pisałam, zmieniła twarz. Jest oswojona uśmiechem, ma piękną blond czuprynkę i domaga się mamy. :)
Nasz synek jest wspaniały! Piękny. Rezolutny (czy piszę typowo mamowo? pewnie tak. :)), ciekawski. Nie przepada za zabawą "typowymi zabawkami", w których jeszcze, na szczęście nie toniemy, ale ... są. Niepotrzebne i trochę niechciane, ale jak zastopować tę chęć podarunków? :) Zabawki Maksia, to dwa uchwyty do pompek, durszlak, czasem butelka po wodzie, z koreczkami w środku, miski, garnki....
Maksiuń ma 8 zębów (których nie waha się używać, niekoniecznie by pogryźć jedzenie), od 23 kwietnia sam zaczął stawać przy kanapie. Teraz potrafi przejść do któregoś z nas całą jej długość. Wspina się wszędzie gdzie może. I gdzie nie wolno. Psiutmistrza uwielbia, chętnie daje mu buziaki (to obopólna przypadłość ;)), głaszcze (bardziej klepie i wydziera sierść), dotyka uszu, są próby dotknięcia oczu, no i ogonka, który jest tyci (a raczej podogonawą część, która jest zakryta powyższym).
Po szpitalu, w którym niestety się znaleźliśmy w połowie maja, stał się o dziwo! bardziej kontaktowy, społeczny. Polubił nawet to, że obce osoby (pielęgniarki) biorą go na ręce i ćwierkają, pieszczoszkują. Nie reaguje już płaczem na babcie, ciocie, dziadków. Niestety mojego brata się boi (nie wiem czy to wina długich, rozpuszczonych włosów? hmmm).

Moje relacje z mamą M. są - uważam - coraz bardziej serdeczne. Więcej dostrzegam, staram się być uważna, mniej zawzięta, obrażalska. Z różnym skutkiem. Ale, staram się.
Z M. jest różnie. Sami widzimy, że wieczorny czas "tylko dla siebie" skutkuje niezadowoleniem, kłótniami. Wspólny front jest najlepszą opcją. Uczymy się tego. Każdego miesiąca.
Niewiele myślę o sobie. o "higienę umysłu" (cokolwiek to znaczy), tę na poziomie podstawowym dbam poprzez rozmowy z M. i czytając ... Plany o coś więcej stały się mrzonkami.  Nie wiem na jak długo.


Drzemka Maksia dobiegła końca. Wracam do całusów, pierdzichów. Serduszka o wadze 9+

czwartek, 13 kwietnia 2017

33

33?
Tak.
Czego Ci życzyć...?
... Czuję pełnię. W zasadzie wszystko mam o czym marzyłam, a co się tylko śniło. Ale... dalszej miłości i harmonii w związku, w życiu rodzinnym...Tak. To to.
Zdrowia.
Inne sprawy załatwimy razem. Po przemyśleniu lub idąc na żywioł. Prawie wszystko jest do kupienia. Kwestia ceny.

Bezcenne. Uśmiechy zębozaurusa Maksia. Przed chwilą ... rozmowy przez telefon z Tatą-Dziadkiem, gdzie ja ściszam głos, bo Maksio śpi, a Tato ...papuguje mnie w tym. Bo Maksio śpi. :) Mama, rzucająca robotę przy pasztecie i myciu kryształów, bo jesteśmy z Maksiem i Perełkiem, a ja zrobiłam sernik i nie mam z kim go zjeść, choć jeden taki tańczy jak baletnica z reklamy ...na dwóch łapkach.
W., która niedawno wstała, a już pięknie śpiewa urodzinową piosenkę i nagrywa filmik wraz ze swoim Synkiem.
M., który mocno przytula i kocha.
Te wszystkie piękne życzenia, od wspaniałych osób.

Jest mi tak dobrze.
Dziękuję.

pyszka, kremowy sernik. wspaniała kartka, cudne życzenia, dziękuję :)

wtorek, 28 marca 2017

El Pełzakko.

Maksio pełza (początki - 10marca).
Pełza wszędzie gdzie może i nie może. Jest silny (próbowałam pełzać, serio to trudna sprawa, co innego czworakowanie) i wytrwały. Niestraszna ma śliska podłoga mozaiki i płytki, wełniany dywan i przeszkody. Obrany cel lub bezcel i jazda!
Z uporem maniaka liże podłogę, dywan, stół, krzesła. Dziąsełkuje (choć zęby się klują i klują) zawzięcie kable (NIE, NIE WOLNO ...to nowe TAK), siatkę z ziemniakami, marchwią, opakowanie muszynianki, miski Bulwozaurusa (od kilku dnia chowane na czas pełzaka). Posłanie wspomnianego.
Dzięki nabytej umiejętności moje, nasze ręce zostały odciążone. Ulga ogromna. ;) Biceps ucierpi na tym. Trudno.
Ale. Wraz z pełzaniem i wkładaniem wszystkiego do buzi, lizaniem (prawdopodobnie buty też, bo już były w rączce, już witały się z usteczkami) Maksio dostał potwornej wysypki. Choć to również zbiegło się z podawaniem przeze mnie ugotowanych wcześniej musów i obiadków. :( W miniony czwartek byliśmy w przychodni – dziecko zdrowe, przyszło do dzieci zdrowych (brawo moja była sąsiadka, położna środowiskowa!) - pani doktor stwierdziła, że to nie jest alergia pokarmowa tylko od przysłowiowej „lizawy wszystkiego”. Przepisała maść z antybiotykiem. Tylko, że do zeszłego tygodnia kropki, krostki były ograniczone do buzi, a od niedzieli są już na nóżkach i rączkach, z tym, że nie zaognione. :( Maksio będzie miał podawane musy do kaszki - słoiczkowe, obiady pozostaną bez zmian. Zobaczymy czy coś to da. Dlaczego tylko musy? Bo o ile do obiadów produkty są sprawdzone, to owoce, a dokładnie gruszka mimo że z Polski była marketowa (jabłko z eko hodowli [państwo prowadzą gospodarstwo z certyfikatem]). :(
Jak wspomniałam przyszliśmy do przychodni z dzieckiem zdrowym i odpukać na ten czas tak jest. Tylko...tylko my chorzy. No OK, przeziębieni.
M. zasmarkany, kaszlący, psikający, z drapiącym gardłem i bólem w kościach. Ja podobnie. Maksiolo, jako że śpi ze mną też dziś trochę ciężej oddychał, ale na ten czas tyle.
Nie bez znaczenia dla przeziębienia było to, że pomagając w końcowej fazie wprowadzania się do nowego mieszkania przez W. i małego M., M. niefrasobliwie, spocony po skręcaniu mebli wychodził na fajkę na balkon. Ubrany byle jak. ;/ Kurnia, to e-papieros, wydmuchuje się - z tego co wiem - tylko parę wodną. Poza tym łazienka ma ono, mógł palić tam. Noale. Piszę/mówiłam to po fakcie.
Oby cholerstwo wysmarkać, wykasłać i będzie dobrze. Tak sądzę. Jednak niepokój o Maksia i jego zdrowie gdzie tak we mnie jest i ostatnie szczepienie, przecie wzw b przełożę z 4.04 na odleglejszy termin.

Starsza szwagierka zaproponowała ostatnio muzyczne warsztaty dla maluchów (0-18 miesięcy). Do zeszłego piątku skłonna byłam zapisać nas na nie. A teraz, przy tych naszych smarkatach i rozognionej, krostkowej buzi Maksia i niepełnym szczepieniu, waham się.

Powoli myślimy o chrzcie. Wierząca, acz niepraktykująca. Wierząca wybiórczo. Niewierząca. Hipokrytka. A i tak zgadzam się by mój syn należał do kościoła katolickiego, z naukami którego w wielu sprawach się nie zgadzam. Którego tak naprawdę nie znam i na poznaniu mi nie zależy. By zrobić przyjemność? dziadkom, chrzestnej. Najpewniej. Bo jak inaczej myśleć o mnie, gdy bardziej zajmuje mnie wybieranie kolejnej (i odsyłanie) sukienki, butów, ubrania dla Maksia, M., wystroju naszego małego eM...? Tak właśnie przygotowujemy się do chrztu.



Tymczasem Skrzat się wybudza z drzemki, by pouśmiechać się i pooblizywać wszystko co się nawinie pod rączkę, a ja szykuję obiad dla Bulwy i nas do poobiedniego spaceru około 13:30.

Dobrego, słonecznego dnia!

sobota, 25 lutego 2017

Krótko. O Przyjacielu.

Znajomi, którzy wychodzą ze swoimi pupilami na spacer, spotykając nas, dopytują się o Bulwę.
Głównym pytaniem - a odpowiedź jest wyczekiwana z widocznym napięciem – jest … czy mamy jeszcze R.? Cholera. Co za pytanie? Jasne, że mamy. To członek rodziny. No to ufff...

Owszem, spadł lekko w hierarchii, tak, jest mniej tulany, zabawy wieczorne na dzień dzisiejszy zostały ograniczone do kilku w tygodniu, czasem niestety do jednej, ale wszystko to jest. Jest on. To przyjaciel. <3 Nie wiem, jak ktoś mógłby pomyśleć inaczej. Kochamy tego naszego pimpola sadełko! Niestety, człowiekiem o małym sercu okazał się ktoś bliski. Mój Tato. Nagle włączyło mu się „miejsce psa jest na dworze...tzn na podwórku, nie w bloku, a przy małym dziecku to ….” ble ble bleeeee Co go napadło? Raz się dzieli ciastkiem i ziemniakiem (nie popieram), a później określa gdzie czyje miejsce. :( Bulwa nie jest za bardzo zainteresowany Maksiem, poza wieczorną kąpielą kiedy to rytualnie podbiega do Maksiuli i liże mu piętki, po kąpieli również. I radochę ma z tego niesłychaną. :) Maks od niedawna zauważa psiutę, uśmiecha się do niego, a raz nawet z łez wybawił. Dosłownie! :)

Czasem jestem małostkowa, wredna, czepialska, ale za naszego czterołapa jestem odpowiedzialna i nie dam skrzywdzić. 

Tak mnie ubodło to co powiedział Tato, że gdy byli u nas w gościach (właśnie wtedy włączyła mu się ta gadka) z Mamą, powiedziałam, że jak chcą to mogą zostać, ale ja już nie mam im nic do powiedzenia i idę się położyć do małego pokoju, do synka. Zaczęli się zbierać kilka minut później.
Z Mamą rozmawiam swobodnie, z Tatą blok. On nie rozumie, że dla mnie/nas moment w którym nie będzie Bulwozaura to również nie będzie kawałka nas.

kąpiel słoneczna :)




niedziela, 29 stycznia 2017

Akrobacje.

2017 zaczął się blisko miesiąc temu, a u mnie cicho. Podsumowania 2016 nie było i trochę żałuję, bo był to rok piękny, bogaty w wydarzenia, nowości. Był moim odkryciem innej mnie.

Wczorajszy dzień został zapisany niebieskim długopisem, w niebieskim notatniku w kratkę, ale chcę się nim podzielić również z Tobą. Taaam ta da tam pa raaa Maksiuń wczoraj po raz pierwszy obrócił się z pleców na brzuszek (3 razy), a nawet w brzuszka na plecy (tylko raz), to ostatnie mogło być przypadkowe, co uświadomiła mi W., pisząc na viberze, iż dzieci dopiero w 7 m.ż. nabywają taką umiejętność. OK., nie mam nic przeciwko. No ale plecki! Brzuszek! Taki wyczyn. :)) Malutku, jestem dumna. :)
Dziś znowu obrót i to uchwycony na video. Wieczorem w ruch pójdą @ i radocha z wyczynów akrobaty nie będzie tylko nasza, ale i dziadków, cioć i wujka. :D
Cudnie. :)

Na fora okołodzieciowe, a raczej matkowe nie wchodzę. Nie chcę czuć się inna, kosmicznie nieżyciowa, hop-do-przodu, gorsza. Nie wyobrażam sobie przelewać frustracji na synka, bo ten i tamten to już... a u nas nic z tego. A może właśnie już, a to niewłaściwe.

Maksiuń ma swoje 'dzienne stałości', ale mimo tego zasypia baardzo różnie, w dzień, od kilku dni potrafi spać ciągiem i 3 godziny, niestety (w tym czasie chciałabym posprzątać w szafie...w końcu! zrobić ciasto, odkurzyć, poczytać, podrapać się po nosie itp. itd. a tu..figa z makiem) muszę położyć się koło niego, z piersią gotową do użycia. Od dwóch tygodni nie kładzie się spać o 23ciej, a już ok 19:30 ….21:30... Do wczoraj. Uchh Nie wiem co go tak rozstraja. Tzn podejrzewam pogodę. Mróz, otwarcie grzejników w dużym pokoju (u nas nie grzeję, bo kończyło się to prawie zawsze moim bólem głowy, jeszcze wtedy gdy nie było Maksia) suche powietrze. Nie pomyślałam, że wietrzenie pomieszczeń niewiele daje, nawet przed snem, jeśli kaloryfer jest włączony na noc na przysłowiową '5'. Dostałam podpowiedź – rozłóż mokry ręcznik. No OK, ale trzeba go w ciągu nocy zmieniać, bo wysycha rach ciach.
Zaczęłam googlać nawilżacze. I nawet jeden miałam już w internetowym koszyku, ale jako że lubię wgryzać się w temat, który mnie interesuje postanowiłam poczytać, porównać. No i nie bardzo wskazany jest takowy (ultradźwiękowy), jeśli ma się w domu zwierza. :( A ewaporacyjny jest w tym momencie nie na moją kieszeń... Więc pozostają zmiany ręczników, wietrzenie i czekanie na wiosnę.



Nie wiem czy dobrze robię/my nie angażując w opiekę/pomoc moich Rodziców, teściów. Ale … jakoś nie potrafię się przełamać. Starszaki mają swoją wieś, zajęcia na niej, w tym nicnierobienie. Nie są napastliwi w chęci pomocy. Myślę, że najbardziej zawiedziona jest teściowa. Wnuka widzi mniej więcej raz na dwa tygodnie, czasem rzadziej. Rzeczywiście Maks reaguje na innych niż my podkówką, płaczem, wyrywa się z rąk, ale tak jak napisałam nie wyobrażam sobie codziennych lub co kilka dni spotkań, wizyt. O ile Rodzice, noo to są moi – swoi, o tyle mama M. … echh dzieli mnie z nią wszystko. Łączy syn-mąż, synek-wnuk. To dużo, to mało.
Inna sprawa, że kiedyś macierzyński się skończy. I co dalej? Powrót do poprzedniej pracy, która jednak męczyła... szukanie nowej, wychowawczy..? żłobek?(a raczej klub malucha i to bliżej skończonego 2 roku niż 14 m.ż.), babciowe? - no właśnie, ale skoro Maksio niezbyt często widzi babcie... myślimy już teraz o rodzeństwie dla Maksia...tym bardziej, że nie wiadomo jak długo zabiorą starania. Zrobić przeplatankę? Jak? Niby jeszcze wiele miesięcy do podjęcia jakiejś decyzji, a jednak myśli te plączą się po mojej głowie już któryś tydzień.
Są momenty w ciągu dnia, że chętnie widziałabym kogoś obok mnie. Kto wysłucha, porozmawia, wypije kawę zbożową, zje kawałek ciastka, pośmieje się, pójdzie na spacer. Od razu w myślach widzę (nie nie jest to mój Mąż) W., ale ona jeszcze nie przeprowadziła się z synkiem do L., tymczasem namiastką tego wszystkiego są rozmowy przez telefon, za co jestem baardzo wdzięczna.
W piątek, po raz pierwszy od początku października widzimy się z D., cudnie! Mam nadzieję, na szczere rozmowy. Już przełamałyśmy lody w wymienionych mejlach. Czekam na więcej.

Tymczasem, dobrego wieczoru!

Pisałam to wczoraj. A dzień dzisiejszy zaczął się od podwójnego obrotu w stronę taty. 😍 Ciasto wyciągnięte z piekarnika, podobnie jak kabanosiki w cieście francuskim. Chłopaki na spacerze, mają spotkać się w wąwozie z dziadkami (teściami) i przyjść do nas.

Dobrego popołudnia. :)

I zanim kliknęłam 'opublikuj' minęło popołudnie, Maksio brzuszkuje na kocyku, z ciasta została pyszna połowa ...

akrobata :)
z okazji skończonego 4 m.ż. Maksiuń dostał od taty balonik (buldożek nazywa się Pogbiś), który był od zawsze moim dziecięcym marzeniem (echh balony na hel :D)



środa, 21 grudnia 2016

Siłacz.

Rok temu był Marzeniem. Jego istnienie znaczyły różowe paseczki na kolejnych testach ciążowych. A dziś … Dziś to nadal Marzenie, siedmiokilogramowe, pucate, uśmiechnięte, zajadające własne rączki, rozdające dziąsełkowe uśmiechy, chętnie leżące na brzuchu (jedynie 5 minut, ale! jednak ;)), marudne, płaczliwe, niebieskookie. Kochane. Nasze.
Maksio.



Klusek wygładził moje ostre kanty. Widzę wyraźniej. Patrzę dalej. Nie wiedziałam, że mam w sobie tyle cierpliwości i zachwytu na małymi rzeczami. Że można tak kochać. On to sprawił i dziękuję za to.
Cudownie iść na spacer z gondolą, widząc przechodzące ciężarne, inne mamy z wózkami – uśmiechnąć się, nie gotować się ze złości, zazdrości. Nie być obezwładniającym smutkiem. Tak. Byłam smutkiem. Żalem. Goryczą.


Lubię myć Maksia, wraz z Mężem i biegającym wkoło Bulwą. :) Lubię obserwować jak tata i syn, bawią się. Jak ta nić porozumienia i miłości jest coraz mocniejsza, pewniejsza, każdy dzień to pokazuje, potwierdza.






Piękna jest nasza codzienność. Czasem szara, bez uśmiechu, żółto-słoneczna, z burczącym brzuchem, niewyspana. Nieidealna, a mimo to...

mój siłacz

wtorek, 29 listopada 2016

Cząstki.

Wykradłam kilkadziesiąt minut dla siebie podczas snu Maksiunia i co robiłam? No tak, herbata była – w filiżance! :) Placek drożdżowy z masłem – połkniętych 6 kromek, a w międzyczasie bieganie do Malutka i sprawdzanie, czy smok zassany, czy syn przykryty, czy nagrany szum suszarki ma zapętlenie. Czy Maksiul w ogóle śpi?! :D Śpi. No to jazda z praniem. Kolor, biel. Szykowanie obiadu dla Bulwy, przygotowywanie wszystkiego do naszego obiadu. Uff jak dobrze, że M. gotuje. :) Tak, tak, mój Mąż gotuje obiady od blisko 3miesięcy. Mnie się zdarzyło kilkakrotnie. Rekompensuję to wypiekami.

OK wszystko zrobione, no to siadam do neta. Dziś dzień darmowej dostawy, więc w ruch poszło zamówienie dla Maksia – skusiłam się na długoszyję Sophie, dla siebie na koszulkę z PTNS (gorrrąco polecam ich produkty, są niezniszczalne), apteka internetowa, M. nic nie chciał. Ale pomysł na prezent jest. Realizacja – niebawem. Dla Rodziców i brata pomysły na prezenty – obmyślone. Gorzej jest u mnie z pomysłami co dla teściów i szwagierek...
Czas stop.
Karmienie.
Nadal karmię piersią. Wieczorami dokarmiamy butelką. Najczęściej 40-70 ml Przywykłam. Nie rozpaczam, nie złoszczę się, nie obwiniam się (już) co-ze-mnie-za-matka. :) Najlepsza jaką mógłby mieć mój synek. :)
Maksio coraz bardziej kumaty, ale czegoś takiego jak rytm dnia do tej pory nie istnieje.

Po 5 tygodniu życia zaczął się bardziej świadomie uśmiechać. Teraz oddaje bezgłośne uśmiechy całym sobą. :) Cudny jest! Z tym dołeczkiem w lewym policzku odziedziczonym po M.
Od 7-8 t.ż. zaczął ssać swoje rączki, czasem próbuje włożyć dwie piąstki naraz. Od 8 tygodnia głuży. No gada jak najęty! Szczególnie do swoich 'przyjaciółek literek-cyferek', które przykleiłam pod półeczką nad przewijakiem, po wcześniejszym wydrukowaniu ich przez M. Kłótnie i śmiechy na zmianę.
Od kilku dni wyciąga rączki do żabki, gryzako-grzechotki.

Jesteśmy po pierwszych szczepieniach. Nasz wybór padł na szczepionki 5w1 oraz RotaTeq, przeciw rota wirusom. Poczytałam, posłuchałam, uważam, że to był dobry wybór. Obyło się (a tfy!) bez większych nerwów związanych z NOPem.
Gorszym pomysłem było spotkanie się dzień, po dniu w większym gronie ze znajomymi. Maks odchorowywał te spotkania przez 3 dni. Dopiero dziś jest fajnie.
Koszmar dla niego i w sumie dla nas. Najbardziej wkurzające było to, że pomimo próśb – jeśli wasza mała (2,5) jest przeziębiona/chora (kaszląca itp.) to proszę nie przychodźcie. No i przyszli. Z kaszlącą O. Wkurwiłam się, a jednak nic nie powiedziałam. Źle. Następnym razem zareaguję, a może raczej napiszę tak – oby nie było takiej potrzeby.
Synek W., malutki M. niesamowicie pozytywnie zareagował na naszego Maksiunia. Wciągał do niego rączki, głaskał go, ciągle wodził wzrokiem, rozdawał w jego kierunku uśmiechy. I tylko serce się ściska, że prawdopodobnie chłopcy nie będą się zbyt dobrze znać, bo pomimo iż W. oraz jej B. kupili mieszkanie w naszym mieście, to B. za chwilę wyjeżdża za granicę, a Przyjaciółka wraz z synkiem mają dolecieć do niego w ciągu najbliższego półrocza. :(

Wczoraj minęło 12 tygodni Maksia po tej stronie brzucha, a dzisiaj mija jego symboliczne 12 miesięcy. Czas już nie płynie, on pędzi!

W najbliższą sobotę robimy sobie rozkosz dla oczu. Jedziemy we trójkę po choinkę. Kto nam zabroni? :D Zrobię też próbę ciast na święta. Cieszę się na nie. Na zupełnie nowe Święta. Nasze pierwsze, wspólne. Bosko!

Miałam tyle do napisania. Miło być składnie...:)
Jest tak jak w naszym mieszkaniu. Trochę posprzątane, część rzeczy upchnięta, niedopowiedziana za zmęczenia. Wypełniona Maksem.

poniedziałek, 17 października 2016

6 tygodni.

6 tygodni. Tyle ma Maksiu. Tyle dziś mija od porodu, a zatem to również okres zakończenia połogu. Jak się czuję? Mało kogo to interesuje.
W ciąży pytanie zadawane nagminnie, obecnie pyta mnie o to kilka osób. Kobiet. Chyba nikogo nie powinno to dziwić, jestem dorosła, zdrowa, mam cudownego Męża, Synka. A jednak.
To co działo się ze mną przez pierwsze 3 tygodnie po narodzinach Maksa to jakieś kosmiczne zapętlenie łez i śmiechu.

„znów płakałam
wczoraj znów płakałam
że nie umiem na skrzypcach grać
i że wszyscy umrzemy, wszyscy
i że któregoś dnia
mój syn zostanie całkiem sam”

Nasz Grubcio (jedna z mnogiej ilości ksywka naszego Bulwozaura) podchodzi do mnie, opuszcza pyszczek na brzeg łóżka. Ma bardziej siwą mordeczkę niż w sierpniu, jest szczuplejszy. Zaczynam spazmatycznie płakać. Po chwili całuję psiutę i tańczę z nim do naszej piosenki „tańcowała igła z nitką” ...rana po cesarce szarpie, noo ma prawo to dopiero 10 dzień.
Patrzę na mleczny uśmiech Maksa i nie tamuję łez ani rękawem koszulki, ani nie szukam chusteczek. Dociera do mnie, że On już jest na zawsze. I ja, my za niego odpowiadamy i jest taki piękny, kruchy, bezbronny. Ten mini człowiek to nasz synek! Tyle chce mu powiedzieć - już teraz sporo rozmawiamy, albo w ciszy patrzymy się na siebie. Chłonę. Pokazuję w tym naszym maleńkim mieszkanku-pudełeczku co-do-czego-i-skąd-od-kogo.

Irytuję się nad wyraz.
Rozpłakałam teściową, a ona mnie. Moją Mamę również. A Ona nie zasługuje na to. Szczególnie Ona. Matka, która straciła synka, gdy ten miał 7 dni (to mój drugi starszy brat, nigdy nie poznany, choć mamy kilka zdjęć ślicznego chłopca w białej trumience). Przeprosiłam obie. Z teściową chyba już zawsze będę miała relacje tylko poprawne.

Nie, nie da się - według mnie - nauczyć dziecka 'noszenia', lulania w wózku. Mój syn to nie cwaniak. To maleńki człowiek, który potrzebuje bliskości, miłości i ciepłych ramion rodziców.

Płaczę bo Maks rośnie. Bo nie będzie już taki maleńki, jak był wczoraj, tydzień temu. A zarazem chcę by rósł szybko, szybko. By gadał jak najęty.
Płaczę, bo nie wiem co mu jest gdy płacze. Teraz już trochę lepiej orientuję się w temacie.
Bo zostajemy sami w domu, ponieważ M. wraca do pracy, a ja obawiam się, że nie podołam. Nie chodzi niepozmywane naczynia, brak obiadu, czy ciasta na stole, bo bajzel i brak czasu na lekturę, przyjemności. Choć o to też. Boję się, że Maksiul może liczyć tylko na mnie. A przecież jestem tylko ciut mniej zielona jeśli chodzi o temat DZIECKO, aniżeli byłam w sierpniu. Ale. Poznajemy się, z każdym dniem bardziej.
Nadal prawie nic nie jestem w stanie zrobić w domu, bo Maks ma dłuuugie okresy czuwania. Potrafi nie spać od 6.00 do 12.00, a jeśli śpi, to na rękach, odłożony do wózka, łóżeczka w kilka minut się wybudza, rozżalony. Czekam na chustę, może to ona będzie dla nas wyjście z sytuacji – synku ja też potrzebuję swoich rąk. ;)

Jak się czuję?
Po 6 tygodniach.

Pewniej. Jestem bardziej świadoma potrzeb syna, siebie. Już nie ma tej bardzo czułej mnie. Na pewien czas chowam emocjonalny wachlarz do futerału.
Jest jedna sprawa, która bardziej boli. Od ponad tygodnia dokarmiamy (czasem jest to 5 mililitrów, najczęściej 40-60, ale i 120) Maksa mlekiem modyfikowanym. Karmię na żądanie, a jednak to nie wystarcza. Myśleliśmy, że po 4 tygodniu życia zaczęły się kolki, bo Maks bardzo płakał od godziny 17.00 do czasu toaletki, czyli 19.00-19.30 (gdzieś wyczytałam, że to „pora kolek”), a to chodziło o płacz z głodu, a nie bólu brzuszka. Jak ja płakałam, że nie potrafię (znowu!) wykarmić własnego dziecka i przewrotnie, że Maciupek tak lubi mm. Chore! Cieszę się, że jest modyfika i że mogę jeszcze karmić piersią. W szpitalu położne mówiły, że długość karmienia jest często 'rodzinna', tzn jeśli mama karmiła krótko, prawdopodobnie córka też będzie miała problemy. Nie wiem na ile jest to prawda, ale jakieś ziarenko prawdy w tym stwierdzeniu tkwi.


Cieszę się, że Mąż nie zadaje mi pytania o samopoczucie.
Przyjdzie i przytuli. Pocałuje. Po prostu. I ja jego.

Brakuje mi przyjaciółki. Z W. jeszcze przez parę miesięcy dzielić nas będą kilometry, ale rozmowy czy to telefoniczne, czy na viberze bardzo krzepią. D. nie mam śmiałości zaczepiać, nie wiem czy nie zrobię jej przykrości opowiadając o tym naszym życiu we trójkę...


Sztuka kompromisu.
Miłość ponad mnie.

poniedziałek, 26 września 2016

Dopóki pamięć.

No i jest wrzesień! Ba już się kończy, a nasz synek ma prawie 3 tygodnie!
A dopiero co był styczeń i tak bardzo czekałam na koniec lata …

Piszę to bo pamięć jest ulotna. Niektóre wspomnienia pewnie już teraz umknęły z mojej pamięci.

Niedziela 4 września. Jest wieczór, około 21szej, jestem po kąpieli, mierzę ciśnienie. 135/83 O nie!
Będzie ciut wyższe i jedziemy na izbę przyjęć. M. chce jechać już teraz, zaraz, ja go wstrzymuję. Kłócimy się. M. idzie spać do pokoiku Maksa, ja odpalam kompa w dużym pokoju. Dziś odkryłam super program prowadzony przez Dorotę Szelągowską „Dorota was urządzi”. Oglądam 3-4 odcinki. Ok 24tej obolała po Maksikowej kopaninie kładę się spać. Na siedząco. Taaa także kładę się, siadając. Na dworze pada deszcz, a ja śpię niespokojnie.
Jak każdej nocy, wstaję na siku. Kolejne i kolejne. :)
Na papierze krew, ze śluzem. Po raz pierwszy krew to dobry objaw, choć serce galopuje. Jest wręcz - po 9 miesiącach - wyczekiwana. Godzina (tutaj mam lekkie zapętlenie) 3 lub 4. Budzę M. Krzątanina. Pakuję kubek, dopakowuję jakieś rzeczy. M. wychodzi z bulwą na spacer i na parking po samochód. Po 5tej ruszamy do szpitala. Jesteśmy podekscytowani.
Na parkingu, przed szpitalem zaczynam dzwonić zębami, stają mi łzy w oczach. Ostatni raz byłam tu ponad 2 lata temu, wyszłam ze złamanym sercem. Ale teraz jest inaczej! Będzie inaczej!

Wchodzimy na izbę przyjęć. Siedzą dwie rodziny, rozmawiają. Panie są w zaawansowanych ciążach. OK, na pewno jedna z pań. Za okienkiem, po 'szpitalnej' stronie siedzą 3 kobiety. Widzą nas, ale żadna nie wstaje, nikt o nic nie pyta. Hmm Po 5 minutach, jedna z pań-pacjentek mówi żebyśmy nie czekali tylko weszli.
Wchodzimy, w tym czasie z drugiej strony drzwi otwiera jedna z pań, ta z '3'. Mówię co i jak. Zaprasza do siebie, nazwijmy to dyżurką. Nasze dane są już w kompie, od ponad 2 lat, ale potwierdzam zamieszkanie, numery telefonów.
Po formalnościach, zostaję podłączona pod KTG. To dopiero nasz drugi raz. Skurcze mini mini, raz wykres góruje bardziej. Skurcz '60'. Nic nie czuję. Ha! Do czasu …
KTG trwa ok 30 minut, niedługo będzie 6.00
Położne mierzą mi ciśnienie, coś uzupełniam, podpisuję. Jest telefon do lekarza dyżurnego. Przychodzi czarnowłosa pani doktor. Pyta co i jak. Zaprasza na fotel. Sprawdza papierkiem PH. Jest odczyn. 7. Zasadowy, czyli wody się sączą. Zostaję przyjęta na trakt porodowy. Łzy stają mi w oczach. To już. Naprawdę! Wskakuję jeszcze na wagę, przebieram się. M. zanosi niepotrzebne rzeczy do samochodu.
Położna prowadzi mnie na trakt porodowy, pomaga nieść torbę. Torba robi szoł. :D Nie tylko na trakcie, ale również później na położnictwie. ;) Położne chcą wiedzieć gdzie ją kupiłam i pytają czy mogą pokazać ja na dyżurce pozostałym koleżankom.
Na trakcie inne położne pytają dlaczego zostałam przyjęta. I fukają. Bo z powodu odejścia czopu śluzowego (te pasma śluzu i krew to czop .. hmmm miałam inne wyobrażenie. Myślałam, ze to będzie coś na kształt korka :))) nie powinnam być przyjęta. Przecież zanim zacznę rodzić to może to potrwać godziny, albo i dni, do 2 tygodni. No to mówię o badaniu PH. Aaaa no to czemu od razu nie mówi. Echh Dostaję opaskę na łapkę.
Jest puściutko. To gdzie kładziemy? - słyszę. Na jedynkę. Jupi! Jak ja się ucieszyłam. Ta jedynka to nie taka jedynka-jedynka. Po prostu sala w sali, oddzielona ścianami, ale nie do sufitu. To boks, a obok jeszcze po jednym. To i tak lux. Bo dziewczyny po drugiej stronie leżały po 4 na sali. I wszystkie się widziały. I wszystko widziały (przynajmniej tak to wyglądało, jak drzwi były otworzone). Jako że nie miałam żadnych bóli, kazałam M. jechać do domu i wyjść z psiutem. Pojechał (chyba) po 10.00 Położne przychodziły, pytały co i jak. Studentki I roku również pytały co i jak, mierzyły ciśnienie, temperaturę. Nuuuda. Zostałam podpięta pod KTG. Z Maksiulą OK. Gorzej, że po 3 godzinach na lewym boku myślałam, że zejdę z bólu. Mhym TO BYŁ BÓL?! ;)
M. przyjechał, w międzyczasie została przyjęta dziewczyna do boksu obok. My sobie gadu-gadu … nic się nie dzieje. Na obchodzie, jeden z lekarzy stwierdził rozwarcie na 1cm (słabiuśko :(), sączące się wody – znowu papierek. Postanowił żeby zaordynować mi kroplówkę z oksytocyny oraz podać czopki glicerynowe, choć brzuch miałam miękki (w ogóle nikt nie pytał o lewatywę – a chciałam). Gadamy z M., śmiejemy się. Nic się nie dzieje. Stwierdzamy, że trzeba zawieść bulwozaura do rodziców M., bo nie wiadomo jak długo to wszystko potrwa. Proszę M. o gazetkę. Gazetkę! I to jaką? Nie „Rodzice”, czy „Dziecko”. Nieee to ma być „M jak mieszkanie” (niewyoglądane do chwili obecnej leżakuje w małym pokoju na parapecie).
Dostaję 4 czopki. Uchh Oraz powoli, baaaardzo powoli kapiącą kroplówkę z oksytocyną. Kapanie od 12stej - 13stej (chyba) do 15stej. Trochę bardziej czuję skurcze. Leżenie na boku, już prawym pod KTG to udręka. Już niechętnie odpowiadam na zagadywanie studentek. Zaczynam zagryzać wargi, mniej się odzywam do M., na co on reaguje lekką obrazą. Chcę iść do toalety, ale jest proponowany basen. Nie mogę zrobić do tego ustrojstwa siku. Położna odpina mnie od KTG. Z kroplówką, jak wierną przyjaciółką idę do toalety. Wieeelka ulga móc się ruszyć, choć w głowie się mąci.
Około 15stej rozwarcie jest na 4cm.
Do boksu obok, tam gdzie jest fotel przyjeżdża dziewczyna. Jęczy, krzyczy. Po kilku parciach słychać krzyk noworodka. Jestem tym zachwycona.
Od 15stej częstotliwość skapywanie kroplówki jest zwiększona. Ból się wzmaga. Położna przebija mi nad basenem wody płodowe, pyta czy przynieść coś na ból. Coś o działaniu narkotycznym. Chodzi o Dolcontral. Na początku odmawiam, myślę, że dam radę bez tego, ale po pewnym czasie proszę M., żeby położna pomogła mi, ulżyła. Ból jest obezwładniający. Mówię M., że chcę umrzeć. Błagam by mi pomógł, bo ja umieram. Piję łapczywie wodę. Dłoni ściskam pomadkę ochronną, pomaga mi to w przypływie bólu. W przebłysku nie-bólu słyszę jęki dziewczyny z boksu pierwszego. Już nie rozmawia ze swoim partnerem. Już skupia się na sobie. Jak ja. Położna bardzo mi pomaga, mówi jak oddychać. Jakbym zdmuchiwała świeczki z tortu. Wyję z bólu. Ale to tak wewnątrz siebie. Na zewnątrz się hamuję. Proszę o jeszcze jeden zastrzyk przeciwbólowy. Po nim mam cudownie otumanioną głowę. Pełną waty. Przez moment mniej boli, ale skurcze nadal czuję. O 20.00 cisza, bóle, skurcze ustają. Boże! Jakie to cudowne!! Jest 10 rozwarcia. :)
Próbuję przeć na boku, położna trzyma mi jedną nogę, M. przytrzymuje drugą. Nie umiem przeć. Nie wiem jak spychać powietrze do wnętrza brzucha. Jestem przerażona. M. stara się jak może, tłumaczy. Położna każe mi wstać, oprzeć się łokciami o łóżko i kręcić młynki biodrami. Krew kapie na podłogę. Położna każe komuś przynieść jakiś materiał do przykrycia. Materiał też jest zakapany przez krew. Wcześniej dostałam jeszcze jedną serię 4 czopków. Na szczęście nie spowodowały one katastrofy, której się spodziewałam. Znowu pozycja na boku. I na plecach. Mam obmywane krocze ciepłą wodą. To tak cudownie koi, że myślałam, że się rozpłaczę z wdzięczności!
Mam wstrzymać się z parciem. Przecież się nie da. To silniejsze od mojej woli. Jest około 21.30 parcie nie wychodzi mi dobrze. Maks też źle się wstawił (wysokie proste stanie główki). Byłam mierzona takim jakby cyrklem (obwód bioder) i teoretycznie powinnam dać radę urodzić. Przepraszam M. i położną Kasię. Że nie dam, nie dałam rady. Nie potrafię. Czuję olbrzymi zawód.
Przez ten cały czas Masiul jest monitorowany pod KTG. Wszystko z nim dobrze.
A jednak. Przychodzą jeszcze inni lekarze i potwierdzają, ze nie ma na co czekać i zwlekać, bo to za długo trwa. M. zdenerwowany prosi by jak najszybciej reagowali. No i ja nie mam sił. Średnio to słyszałam, bardziej od M. to wiem. A jednak jak przewożą mnie na łóżku, na salę operacyjną to płaczę i jestem wdzięczna.
Maks rodzi się 5 września wskutek cesarskiego cięcia o godzinie 21.55. Jego waga to 4000g, a wzrost 56cm. Dostaje 10 punktów w skali Apgar. Ja wyjeżdżam z sali godzinę po cięciu (słowa M.). On widzi naszego synka 3 sekundy i to tylko dlatego że krzykną do położnej która wiozła Maksiulę, by poczekała bo to jego synek i chce go zobaczyć. Podobno był spokojniutki i patrzył na niego szeroko otwartymi oczami.
Ja zobaczyłam Maksa po przebudzeniu na sali poporodowej. Tak się wzruszyłam, że głośno zaczęłam płakać, i mówić jaki jest śliczny i że mocno go kocham, aż druga położna przybiegła (sala obok to pokój położnych i noworodków, które były monitorowane). Ale widząc moją reakcję tylko się uśmiechnęła i poszła sobie.
Nie tak to sobie wyobrażałam. Nie był to do końca poród rodzinny. Ja nie dałam rady. Nie widziałam synka chwilę po porodzie, ani on mnie. Nie było nawet kangurowania, bo nie jest to praktykowane w SPSK nr 4 …
A jednak, cieszę się, że mimo wszystko tak to się skończyło (bez wyciskania Maksia), bo dało nowy, piękny, choć trudny (noworodki znajomych jakby mniej płakały, były mniej wymagającymi dzieciaczkami i chyba ich rodzice otrzymali instrukcje obsługi ;) bo tak świetnie im wszystko wychodzi) początek.

poniedziałek, 12 września 2016

Maksiu 5/09/2016

Witajcie!

Maksiu przyszedł na świat 5 września o godzinie 21.55 56cm 4000g

Kocham Go mocno. Mocno
Ciągle mnie rozczula.

Właśnie cichutko posapuje w łóżeczku.
Cuda się zdarzają!

Dopiero dziś wyszliśmy ze szpitala. Od drugiej doby życia, do wczoraj/dziś do godziny 0.00 Maksiuń otrzymywał 2 razy dziennie antybiotyk (crp 57,1). Straszny czas.
Rodziłam 16 godzin. Siłami natury, ostatecznie poród nie postępował (rozwarcie na 10cm, bóle parte 1,5 godziny) i zadecydowano o cesarskim cięciu. I dobrze. Przez sączące się wody i mój gbs zrobiło się nieciekawie.
Mocno odczułam pobyt w szpitalu. Szczególnie, że odwiedzin jako takich nie było. Ale to już zamknięty rozdział.
Zaczął się nowy. Piękny.
Zaprosił nas do niego Nasz Synek.

synek



wtorek, 30 sierpnia 2016

Czekamy.

W książeczce ciąży, po dzisiejszej wizycie brakuje już miejsca na kolejne wpisy.
39tc2d (no chyba jednak nie)
Wizyta wprawiła mnie w lekki stan niemocy. I złości.
Źle liczę ruchy Maksiunia.
Źle obliczyłam (za kalendarzem w necie 'babyonline') termin porodu, który to jest na 6.09, a nie 4.09. A co za tym, dwa tygodnie temu pani doktor źle wypisała mi ostatnie zwolnienie, bo do 4 września. Włącznie. 5.09, o ile Maksiutek się nie urodzi muszę iść do jakiegoś lekarza i poprosić o 'dopisanie' zwolnienia na 2 dni.
A co później? Jak to jest liczone? Co trzeba robić? Z automatu zostaje naliczany urlop macierzyński?

Po badaniu palpacyjnym - wg słów pani doktor - szybko nie urodzę. Wszystko zamknięte, trzyma. No sezam. I nikt nie zna tajemnych słów by coś zmienić. :( A my tak czekamy …. i czekamy. Synku …

Na obrzęki stóp nie ma rady.

Na jutro mam skierowanie na pierwsze KTG. I dobrze! W końcu!




Po tej wizycie czuję się jak jakaś głupia gąska, która mało co wie. A gęsi. Szaro-gęsi.

niedziela, 14 sierpnia 2016

W pokoiku Maksa

Jeszcze bez głównego mieszkańca, a ja już uwielbiam tam przebywać.
Pokoik Maksa.
Nie lada wyzwaniem było zmieścić wszystko, (plus jeden nadprogramowy mebel) do maciupkiego pokoju, przy okazji nie zagracić, a stworzyć przytulne miejsce. Wg nas – udało się. :) 





przyjaciele :) oraz ...lampka!












Na dniach ma przyjść, zamówiona mini wieża (do tej pory nie mieliśmy za bardzo na czym odtwarzać płyt, więc cieszę się jak dziecko), będziemy mogli puszczać Maksiuli bajeczki, oraz wszelkie szumy i kołysanki. Jupi! Myślę też o zakupie kieszonek-pomocników na łóżeczko, by móc mieć pod ręką wszelkie środki do pielęgnacji po przewijaniu, a nie szukać na chybił-trafił w pudełku na komodzie.
Nie wiem co z szumisiem (zabieranym do wózka) oraz jakąś lampką;) (Uczuciowa, prawda że ta zielona jest ekstra gites? :D) o jeszcze mniejszej 'mocy rażenia'. Nawet żarówka o niewielkiej mocy watów jest jednak bardzo jasna, co chyba nie będzie sprzyjać niewybudzaniu synka.
Jeśli macie jakieś pomysły co jeszcze powinno się znajdować w pokoju noworodka, to proszę – piszcie.
Świadomie zrezygnowaliśmy z ochraniaczy na szczebelki łóżeczka, wszelkich poduszek i kołderek. Maksiu o ile polubi :) ma dwa śpiworki, 2 lekkie kocyki, jeden ciut cieplejszy oraz pieluszki flanelowe, bambusowe i tetrowe.

Pokoik gotowy – czeka. My odliczamy.
Maksiu, synku wychodź … twoje brzuszkowe m1 jest już bardzo ciasne.

Tymczasem relaksuję się na kanapce z książką (Kalamburka), oraz nieodłączną wodą.

piątek, 5 sierpnia 2016

Wizytowo.

Wtorkowa wizyta u gina, to podgląd Maksika na usg.
Po raz pierwszy poczułam się lekko rozczarowana, bo wizyta trwała dosłownie 6-7 minut. Zawsze trwa ona minimum 15 minut, a nawet 20-25....

Wg obliczeń Maksiu jest większy o ok. 2 tygodnie (obwód główki, brzuszka, kość udowa prawie taka jak na dany tydzień ciąży, byłam w 35tc2d, a pomiar wskazywał 35tc0d), wszelkie pomiary przepływów b. dobre. Chwila stresu, czy nie mam wielowodzia, ale po 'opomiarowaniu', wyszło, że wszystko jest w porządku. Dlatego mimo że zawiodła mnie długość pobytu w gabinecie, to słowa doktora - jest dobrze, uspokoiła.

Posiew na paciorkowa wyszedł dodatni. Niestety. Nagooglałam się, naczytałam. Powrócił strach, mocno trzymający za gardło. Szczególnie, że chcę rodzić siłami natury i co to będzie, czy zdążą mi podać antybiotyk, zanim zacznie się poród z parciem itp. itd. Cóż, musimy wierzyć, że tak będzie.

W środę miałam dziwną akcję. Po skorzystaniu z toalety, po nogach zaczęła mi płynąć nieprzeźroczysta woda, w takich jakby 2 fazach. Było tego niewiele, ale myślałam że to JUŻ. W ciągu godziny nic się nie zadziało. Maks harcował.

We czwartek wizyta w poradni u dr Sz., mówię co i jak. Szyjka zamknięta, trzyma. Stwierdził, że to może po prysznicu … tylko wtedy byłam przed … Waga wzrosła, ale przez półtora tygodnia – bez drastyków, moje ciśnienie jak zawsze 120/80. Tętno Maksiulinka 143. Chciałam wiedzieć za ile się spotykamy, czy za tydzień, czy za półtora tygodnia, a doktor na to, że znowu idzie na urlop. :( Dopiero co był 2 tygodnie na urlopie, 2 tygodnie pracy i znowu 2 tygodnie na urlopie … echhh Już umówiłam się na wizytę u pani doktor M. Liczę, że od niej dostanę skierowanie do szpitala klinicznego, bo doktor nie chciał mi takowego wypisać, twierdząc, że wystarczy książeczka ciąży.
Końcówka prowadzenia ciąży średnio mi się podoba. Nie ukrywam. W. była wręcz oburzona (łagodnie pisząc).

Dziś wizyta położnej środowiskowe. Byłej sąsiadki. :)
Było to bardziej 2,5 godzinne spotkanie z dawną koleżanką (aczkolwiek słabo się znamy z racji innych roczników ;)), aniżeli 'z panią z pogadanką na ustach'. Wrażenie średnio taktownego zapytania w rejestracji zostało zatarte. Szczególnie po łzach w oczach, ciarach i uściskach na koniec spotkania. :)
Nadal mało wiem o przyjęciu na izbę, porodzie, opiece nad noworodkiem, za to coś niecoś o szczepionkach. Dostaliśmy kilka próbek kosmetyków, książeczki, płytki z ćwiczeniami ….no 'sponsoring' pełną gębą.
Ogólnie fajnie, że A. przyszła, choć korzyści wypłynęły z tego głównie towarzyskie. Kolejna wizyta już z Maksem po tej stronie brzucha. Spotkań ma być 7.

Zajawka.
pomoce naukowe ;)




Baaardzo się cieszę, że pomimo moich sprzeciwów M. kupił wentylator. Nie wiem jak przeżyłam te upały. Pomimo zasłoniętych żaluzji i zamkniętych okien. Południowa wystawa okien robi swoje. :o Moje i Maksikowe kilogramy też.

Życzę, znad arbuza – udanego wieczoru. :)